,,Jedyna historia” – Julian Barnes

Literatura kocha różne kombinacje tej samej opowieści. Przetworzone motywy, wariacje fabularne, powracające jak echo postaci. Wszystko często pojawia się raz za razem w kolejnych tekstach kultury. Podobny schemat nieco inna konfiguracja. Prym w takich archetypicznych narracjach wiodą rzecz jasna historie o miłości, przeważnie nieszczęśliwej. Obecne w literaturze od zarania  dziejów, objawiają się co jakiś czas prezentując coraz to nowsze oblicza.

,,Jedyna historia” Barnesa to dobry dowód na to, że diabeł tkwi w szczegółach. W warstwie fabularnej mamy historię starą jak świat. On – młody chłopak z porządnej, angielskiej rodziny poznaję Ją na zajęciach w klubie tenisowym. Ona – starsza od niego o kilkanaście lat mężatka, zmęczona nieco swoim ustabilizowanym życiem i mężem, którego łatwo pomylić z ogrodnikiem. Konstrukcja całej opowieści jest równie prosta, jak gra w klasy. Pierwsza część to historia wielkiego rozkwitu miłości, druga – jej bolesnego upadku. Dzieląca bohaterów różnica wieku, dystans społeczny, odmienne podejście do życia ostatecznie dają o sobie znać i pukają, a w zasadzie łomocą, do ich wątłych drzwi. A potem wysadzają je z hukiem.

Barnes dowodzi tego, że jest prawdopodobnie jednym z najlepszych współczesnych mistrzów pióra. Prostą z pozoru opowieść potrafi ubrać w odpowiednią ilość niuansów, aby zainteresować i zachwycić. Pokazał to już w znakomitym ,,Zgiełku czasu” i chociaż ,,Jedyna historia” stoi klasę niżej od tamtego tytułu, również potrafi zachwycić. A to subtelną narracją i ledwie zauważalną zmianą perspektywy; a to powracającą jak refren refleksją na temat pamięci oraz tego, jak bardzo potrafi być zwodnicza. Wszystko to sprawia, że cała opowieść z jednej strony traci na wiarygodności, z drugiej jeszcze mocniej działa na  emocje czytelnika. Co więcej, z pozoru oczywiste i proste rozwiązania z czasem potrafią zaskoczyć nieoczekiwaną woltą. Potulny mąż bohaterki nie jest więc wcale taki potulny jak mogłoby się wydawać, a sąsiadka alkoholiczka ma do przekazania zakochanej parze mnóstwo mądrości, choć mogłoby się wydawać, że nie mówi zupełnie nic.

Cytatami z książek Barnesa można by obdzielić pewnie kilka tuzinów innych autorów. Tutaj najbardziej uderza chyba początkowe zdanie z kluczowym w kontekście całości pytaniem o to, jak mocno należy kochać i cierpieć przez utratę miłości. Narrator przyznaje, że to pytanie jedyne i ostateczne. Prostota całej konkluzji uderza, choć od początku lektury nie upłynęła nawet minuta.

,,Jedyna historia” to najlepszy dowód na to, że warto czytać te najprostsze opowieści.

A.J.