,,Komeda. Osobiste życie jazzu” – Magdalena Grzebałkowska

Jest w Los Angeles ulica, która wygląda dziś zupełnie inaczej niż 50 lat temu. Domy przebudowano, skarpy zarosły bluszczem, otoczyły je mury. Mieszkańcy nie pamiętają lub nie chcą pamiętać, żyjących tu pół wieku temu osób i wydarzeń, w których brały one udział. Wszystko toczy się spokojnym, ustabilizowanym rytmem w cieniu Fabryki Snów.

Przy Oriole Lane 1540 pięćdziesiąt lat temu mieszkał Krzysztof Komeda Trzciński. Pod tym adresem miał też miejsce wypadek, który stał się bezpośrednią przyczyną śmierci kompozytora. Grzebałkowska nie zaczyna jednak swojej książki z wysokiego C (chociaż ma ku temu niezbędne umiejętności – jej opis ostatnich miesięcy życia bohatera to popis kunsztu reporterskiego pióra). Unika taniej sensacji i zamiast tego skupia się na tym, co w postaci Komedy najistotniejsze – muzyce. A konkretnie rozległej panoramie muzycznej jazzowej Polski lat 50. i 60.

Biografia to nietypowa. Kiedy już dowiemy się, jakim Trzciński był człowiekiem i jak mało informacji pozostawił na swój temat (brak jakichkolwiek dzienników czy listów), łatwiej zrozumieć, dlaczego w książce również jawi się jako osoba nieco ,,przezroczysta”. Tym bardziej że na kolejnych stronach wykwitają kolejne osobistości polskiego towarzystwa artystycznego sprzed pół wieku, które mogłyby stać się bohaterami osobnych opowieści – Tomasz Stańko, Agnieszka Osiecka, Marek Hłasko, Roman Polański i naprawdę wielu (!) innych. Barwnych życiorysów nie brakuje, zdarza się więc, że Komeda schodzi na dalszy plan opowieści. Twórca kultowej kołysanki z ,,Dziecka Rosemary” to nie Zdzisław Beksiński (bohater jednego z poprzednich reportaży autorki), drobiazgowo rejestrujący swoje życie na każdym jego etapie. Z książki wyłania się jednak postać nie mniej fascynująca – nieśmiały introwertyk obdarzony olbrzymim talentem, który chyba w największym stopniu przyczynił się do wywołania fermentu, jaki w polskim społeczeństwie tamtych dni zasiała muzyka jazzowa. Tytuł książki sugeruje zresztą, że to właśnie Trzciński dosłownie tym jazzem był.

Tak więc, kto o Komedzie co nieco już się naczytał, i tak po książkę Grzebałkowskiej sięgnąć powinien, bo wykracza ona znacznie poza jego postać. Nie znaczy to jednak, że autorka nie odrobiła pracy domowej, jeśli chodzi o główną personę. Nakreślenie relacji bohatera z apodyktyczną żoną Zofią, uważającą się za matkę jego sukcesu, czy niepublikowana dotąd relacja z wypadku na Oriole Lane to smaczki, nadające książce nieco sensacyjnego sznytu. A takie sceny jak Trzciński bezwiednie trzymający dłonie na klawiszach fortepianu nawet podczas zwykłej rozmowy, pięknie obrazują, jak bardzo przesiąkniętym muzyką był człowiekiem. Tematy te pozostają jednak niejednoznaczne do (dosłownie) ostatniego zdania. To wystarczy, aby uznać książkę Grzebałkowskiej za piękny hołd nie tylko dla człowieka, ale i jego czasów.

A.J.

„Upadek gigantów” – Ken Folett

„Upadek gigantów” to książka, w której można zatopić się jak w ciepłym masełku. Łączy w sobie najlepsze cechy powieści historycznej, sensacyjnej, obyczajowej, no i jakże by inaczej – romansu. Jej wielowątkowość, rozmach i objętość pozornie mogą wydawać się przytłaczające, lecz nic bardziej mylnego. Szybkie tempo wydarzeń sprawia, że – i tu pozwolę sobie użyć wyświechtanego i zużytego, aczkolwiek w tym przypadku bardzo trafnego sformułowania – ta historia zupełnie pochłania Czytelnika.

Bohaterami powieści są członkowie pięciu rodzin – amerykańskiej, rosyjskiej, niemieckiej, angielskiej i walijskiej, dzięki czemu mamy okazje przyjrzeć się życiorysom nakreślonym w dużej mierze przez sytuację gospodarczo-polityczną kraju, w którym się urodzili. Fakt, że bohaterowie pochodzą z różnych klasach społecznych dodatkowo poszerza powieść o nowe wymiary postrzegania ówczesnych wydarzeń historycznych. Na uznanie zasługuje również sama konstrukcja psychologiczna postaci. Ken Folett daleki jest od drobiazgowego charakteryzowania, co w tym przypadku jest absolutnie zrozumiałe. Szeroka panorama historyczna, mozaika wątków i sieci powiązań jest wystarczająco ciekawa i absorbująca, a zanurzanie się w osobowości bohaterów zupełnie zbędne. Autor wykonał skuteczny zabieg stworzenia zarysu postaci w takim stopniu, aby Czytelnik odczuł z nimi więź, a jednocześnie miał pole do indywidualnych wyobrażeń. Ponadto, wielopostaciowość i różnorodność charakterów, dają możliwość wybrania swojego ulubionego bohatera, którego losy ze szczególną uwagą będziemy śledzić do ostatniej strony. Czy będzie to brytyjska arystokratka Maud zakochana bez pamięci w niemieckim oficerze Walterze; czy może Ethel Williams walcząca o prawa kobiet; czy Grigorij o szlachetnym sercu pracujący w Zakładach Putiłowskich – możliwości jest wiele.

Cechą wspólną, większości głównych uczestników opisywanych wydarzeń, jest niezgoda, na bycie popychanym przez maszynę sterowaną siłami potężniejszymi od nich samych. Bohaterowie Kena Foletta walczą z niesprawiedliwością, dyskryminacją, ubóstwem i każdą kolejną kłodą rzuconą im pod nogi przez życie i okoliczności, w jakich przyszło im żyć. Każdy z nich próbuje odnaleźć drogę do szczęścia, lecz jak to bywa w najlepszych powieściach, nigdy nie wiadomo gdzie poniesie ich wiatr historii.

Ken Folett stworzył epicki majstersztyk, który  nie znudzi nawet najbardziej wybrednego odbiorcy. Przenosi Czytelnika w rozmaite miejsca, zaczynając od przedwojennej walijskiej kopalni, brnąc przez wojenne niemieckie i francuskie okopy, przyglądając się rosyjskiej rewolucji i narodzinom Ameryki, a kończąc na nowej, powojennej rzeczywistości. Niewątpliwie jest to podróż zapierająca dech w piersiach i jednocześnie doskonała lekcja historii. Momentami budząca skojarzenia z „Wojną i pokojem” Lwa Tołstoja oraz brytyjskim serialem „Downton Abbey”. Wątki miłosne zdecydowanie najbardziej poruszą serca i umysły Czytelników i proszę mi wierzyć, nie raz pojawi się w myślach hasło: „O rety, o rety, on ją kocha”. Podobnie zresztą jak wielokrotnie powracające – „To jest genialne! Niech ktoś nakręci serial na podstawie tej powieści!”. Tymczasem, pozostaje zapoznać się z książką i jest to opcja, o której śmiało można powiedzieć – warto!

Dż.

,,Makbet” – Jo Nesbø

Nowoczesne laboratorium a w nim stary, żeliwny kocioł z parującym wywarem – narkotykiem, trzymającym w swojej mocy połowę miasta. Rzeczywistą władzę sprawuje tutaj komendant policji, mieszkańcy noszą szekspirowskie imiona, a porozumiewają się ze sobą, podejrzanie wygładzonymi zdaniami. Każdy ma w sobie coś z poety i myśliciela. Narkotykowi bossowie wygłaszają przepowiednie, a wyrzuty sumienia powracają w postaci zakrwawionych upiorów. Krótko mówiąc – samo życie.

Szekspirowski ,,Makbet” to opowieść na tyle uniwersalna i ponadczasowa, że niejednokrotnie już udowadniano (czy to w literaturze, teatrze czy kinie), że działa równie dobrze umieszczona w dowolnych czasach, realiach, czy kręgach kulturowych. Za prawdopodobnie najsłynniejszy przykład może posłużyć tutaj ,,Tron we krwi” Akiry Kurosawy, który w 1957 roku przeniósł tę mroczną historię o władzy i morderczej ambicji, w realia XV wiecznej Japonii. Nesbø idzie za ciosem i umieszcza fabułę w środowisku i konwencji, w której czuje się jak ryba w wodzie. Tym razem jego wybór pada na lata 70. i skorumpowane miasto bez nazwy, przypominające gnijące amerykańskie metropolie z ,,Taksówkarza”, czy ,,Francuskiego łącznika”, gdzie walka toczy się o stołek komendanta policji.

Efekt jest oczywiście odpowiednio sugestywny. Nesbø to świetny fachowiec od opowieści o dobrych i złych policjantach, więc całość wybrzmiewa przekonująco. Bohaterowie nakreśleni są ciekawie, udaje się zarysować bogate tło psychologiczne, podkreślające ich motywacje (choć pod tym względem najmniej interesujący wydaje się bohater tytułowy). Autor (podobnie jak Justin Kurzel, autor filmowej adaptacji ,,Makbeta” z 2015 roku) w ciekawy sposób rozwija kwestię dzieci Lady Makbet i jej istotnego znaczenia dla całej opowieści. Poszczególne elementy tradycji i nowoczesności połączone zostały w dość udany sposób, dzięki czemu lektura przede wszystkim wciąga – a przecież tego oczekujemy od powieści norweskiego speca od kryminałów.

Mój osobisty problem z książką polega na tym, że spodziewałem się po autorze większej wolty. Po wypowiedziach, w których przyznawał, że w ramach ,,Projektu Szekspir” zdecydował się przepisać na nowo właśnie ,,Makbeta”, ze względu na to, że jest to jego zdaniem najmniej doskonały dramat autora ze Stratford, nastawiłem się na małą rewolucję. Nic nie stało przecież na przeszkodzie, żeby potraktować oryginał mniej dosłownie, porzucić szkielet fabularny czy zrezygnować z niektórych rozwiązań, co do których autor sam podchodził z dystansem (np. przepowiednie). Tymczasem 500 stron ,,Macbetha” Nesbø to raczej odhaczanie kolejnych punktów archetypicznej opowieści. Wypada się cieszyć, że jest to odhaczanie wysokiej klasy fachowca, pozwalające na pochłonięcie książki w stosunkowo krótkim czasie.

A.J.

,,Wolność i spluwa” – Dan Baum

,,Nie zgadzam się ze wszystkim co Pan napisał, ale nie umiem powiedzieć dlaczego”. Tymi słowami podsumowała artykuł Dana Bauma, jedna z jego ,,szczerych” czytelniczek ze Seattle. Tekst dotyczył doświadczeń z noszenia przy sobie broni palnej, na który to eksperyment autor zdecydował się po długim namyśle. Wnioski, które udało mu się wysnuć, okazały się dalekie od banału, nie na tyle jednak, aby pogodzić wyjątkowo  spolaryzowaną pod tym względem Amerykę.

Baum bez trudu zdobywa zainteresowanie czytelnika już na wstępie, kiedy to deklaruje się jako ,,lubiący sobie postrzelać”, głosujący na Obamę, demokrata – liberał. Z tej właśnie perspektywy dokonuje próby diagnozy tego, co dzieli jego rodaków jeśli chodzi o stosunek do broni palnej, jawiącej się w USA jako temat nieustannie gorący. Przypina więc kaburę do pasa i rusza na ulice amerykańskich miasteczek, zastanawiając się, czy w jego rodzimym Boulder nie zostanie zlinczowany przez bandę miłośników sklepów z organiczną żywnością (wizytę w tym miejscu z zajmującym całe biodro rewolwerem Smith & Wessons określa jako wyjątkowo stresującą).

W postaci autora zawiera się więc niejako cała Ameryka – równie radykalna z jednej, jak i z drugiej strony. Autor pokazuje, że zwolennicy złagodzenia przepisów dotyczących dostępu do broni i piewcy drugiej poprawki, nie zwracają uwagi na to, że obecne regulacje wcale nie są specjalnie dotkliwe, a przestępczość nie rośnie w alarmującym tempie.  Z kolei przeciwnicy ,,klamek’’ na ulicach często nie mają pojęcia, o czym tak naprawdę mówią lub czego chcą zakazać, określając niektóre elementy broni jako ,,to wystające na górze”.

Kolejne rozdziały – kolejne problemy. A to dotyczące dostępu do broni powiązanego z kwestią rasową, a to rozmaitych prawnych regulacji dotyczących tego, w jaki sposób pistolet można zakupić, a to zjawiska hoplofobii, czyli podświadomej niechęci do broni palnej, która praktycznie uniemożliwia z nią jakikolwiek kontakt. Wszystko to sprawia, że zjawisko opisywane przez Baumana jawi się ostatecznie jako coś nierozstrzygalnego, a próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego niektórzy broń kochają, a inni jej nienawidzą, kończy się fiaskiem. Na nic zdają się wypowiedzi kolejnych przepytywanych przez autora osób, na nic w kontekście problemu broni zdają się statystyki, które interpretowane w oderwaniu od innych czynników nie przynoszą żadnych konkretnych informacji.

Wielka wartość ,,Wolności i spluwy” leży również w umiejętności autora do sprawiedliwego zadawania razów.  Dostaje się więc każdemu, ale też każdy odnajdzie na kartach książki swoje racje. Ten sprawiedliwy ton wydaje się szczególnie cenny, zwłaszca w kontekście tak kontrowersyjnego tematu, który wciąż konfrontuje między sobą rzesze osób o często podobnych poglądach światopoglądowych czy politycznych.

 

A.J.

„Żebrowski. Hipnotyzer.” – Jakub Socha

Każdy los jest pełen kontrastów. Mimo wszystko wielu artystom często przypinamy łatki, dzięki którym łatwiej jest nam ich kategoryzować, analizować, rozumieć. Ktoś będzie więc awangardowym buntownikiem, ktoś inny, kontemplacyjnym filozofem. Jeszcze inny zasmakuje afrodyzjaku młodości, aby z biegiem lat uspokoić udręczoną duszę i zasiąść na fotelu myśliciela.

To właśnie ten trzeci wariant można przypisać Edwardowi Żebrowskiemu – szarej eminencji polskiego kina, twórcy zaledwie trzech filmów pełnometrażowych, który mimo tego trwale zapisał się na firmamencie polskiej kinematografii. Młodość reżysera to wypełnione włóczęgą i alkoholem lata w towarzystwie Marka Hłaski, jednego z największych w powojenne Polsce buntowników świata literatury. Postępująca choroba, ograniczająca możliwości ruchowe Żebrowskiego, oraz idąca za tym zmiana w podejściu do życia sprawiły, że z biegiem lat zaczął być on określany raczej jako ,,mnich’’ polskiego kina. Spokojny, wyważony artysta o zdecydowanych poglądach, zdolny rzucić cierpką pochwałę, znaczącą więcej niż największy komplement, ale też złoić rózgą i wypowiedzieć prawdę prosto w oczy młodego adepta sztuki filmowej.

Książka Jakuba Sochy postać Żebrowskiego przybliża w sposób dość zmyślny. Autor często oddaje głos osobom, które reżysera znały i które mają na jego temat wiele do powiedzenia. Tworzy to więc mozaikę głosów znakomitych postaci polskiego kina i szeroko pojętej kultury, konstrukcją przypominając niejako film dokumentalny w konwencji gadających głów. Zabieg ten sprawdza się zaskakująco dobrze – Żebrowski jako postać enigmatyczna cały czas majaczy gdzieś w oddali, jednak podczas lektury nie czujemy jakbyśmy faktycznie, dogłębnie poznali jego postać. Nie traktuję tego jednak jako wady, ale uznaję za ciekawą konwencję literacką, która bardzo dobrze sprawdza się w opowiadaniu o tym konkretnym bohaterze.

Edward Żebrowski znany jest dziś prawdopodobnie najbardziej ze zrealizowanej w 1978 roku adaptacji ,,Szpitala przemienienia” Stanisława Lema (która pisarzowi standardowo nie przypadła do gustu). Jednak z książki dowiedzieć się można, że poza realizacją fabuł stanowił on niezwykle ważny element polskiego krajobrazu filmowego. Współpraca z Krzysztofem Zanussim przy scenariuszach dużej części jego filmów, działalność pedagogiczna, jeden z najważniejszych członków zespołu filmowego ,,Tor”, filmy dokumentalne. To wszystko i jeszcze więcej sprawia, że to właśnie o osobach takich jak Żebrowski powinny być pisane książki biograficzne. Znanych, kojarzonych, a mimo wszystko pozostających na uboczu świadomości współczesnego miłośnika polskiego kina.

A.J.