„Miasto cierni” – Ben Rawlence

Biorąc do ręki „Miasto cierni” podejrzewałam, że będzie ono nieco przypominać „Karawanę kryzysu” Lindy Poleman. Założenie było jednak błędne. O ile możemy znaleźć pomiędzy tymi dwoma utworami kilka wspólnych płaszczyzn, to książka Bena Rawlence’a okazała się czymś wyjątkowym na polu literatury faktu. Bliżej jej bowiem do powieści niż do reportażu.

Tytułowe „Miasto cierni” to jeden z największych obozów dla uchodźców na świecie, powszechnie  znany jako „Dadaab”. To miejsce, do którego nikt, z własnej, nieprzymuszonej woli nie chciałby trafić. Wszechobecny głód, nędza, gwałty, brak możliwości ucieczki – wszystko to sprawia, że łatwo byłoby nazwać ludzi mieszkających w obozie przegranymi i stwierdzić, że los dotknął ich tak boleśnie, że nie ma już dla nich nadziei. Oni jednak wciąż żyją! Udało im się wyrwać z somalijskiego piekła, udało im się przetrwać podróż, a w końcu udało im się znaleźć schronienie w Dadaab. Żyją! I próbują dostosować się do zasad panujących w tym dziwnym mieście.

Ben Rawlence posiada rzadki talent, który sprawia, że Czytelnik nie jest jedynie obserwatorem, lecz aktywnie uczestniczy w opisanych wydarzeniach. Mamy więc do czynienia z utworem, który czyta się jak genialną powieść (dzięki budowie odpowiedniej narracji, prezentacji postaci i miejsc), a jednocześnie oczami wyobraźni sami stajemy się częścią, tego osmaganego wiatrem i pyłem obozu. Potwierdza to tezę, mówiącą o tym, że to miejsce wciąga każdego. I Czytelnika, który jest setki tysięcy kilometrów od niego i przede wszystkim jego mieszkańców, którzy za wszelką cenę chcą z niego uciec, ale nie mają dokąd.

Polifoniczność utworu sprawia, że poznajemy losy kilku osób, a co za tym idzie, różnorodne sposoby, dzięki którym przetrwali. Momentami czujemy pokusę obrania pewnego stanowiska czy wydania osądu. Twierdzę jednak, że Czytelnik nie ma prawa nikogo oceniać. Bo co może powiedzieć biały europejczyk, który poznaje historię  mężczyzny żyjącego w ciągłym stresie, uciekającego przed suszą, głodem, fanatykami, który martwi się tym, żeby jego żona nie została zgwałcona, a dzieci nie umarły z powodu niedożywienia?

„Miasto cierni” to doskonała książka dla każdego, kto chciałby dowiedzieć się więcej o tym, jak wygląda życie w obozie dla uchodźców oraz o ludziach,  którzy utknęli w piekle i nadludzką siłą woli starali się w nim odnaleźć. To utwór, który pomimo oczywistego, głównego tematu, porusza inne, poniekąd przylegające do niego kwestie, takie jak: kultura i zwyczaje ludów z Rogu Afryki, miejsce kobiety w społeczeństwie, rola białego człowieka i jego destrukcyjny wpływ na państwa Czarnego Kontynentu oraz to, jak i dlaczego organizacje pomocowe i ONZ nie radzą sobie z problemami, które powinny rozwiązywać. To historia dla każdego, kto nie boi się trudnych tematów i jeszcze trudniejszych wniosków.

Dż.

,,Ludzie na drzewach” – Hanya Yanagihara

Debiutancka powieść Hanyi Yanagihary z roku 2013, w Polsce ukazuje się w cieniu wielkiej poprzedniczki. Wielkiej w kilku znaczeniach ­– objętościowym, tym dotyczącym ciężaru tematu i wreszcie trudno wytłumaczalnego sukcesu sprzedażowego w naszym kraju. ,,Małe życie” sprzedało się nad Wisłą znacznie lepiej niż w ojczyźnie autorki – Stanach Zjednoczonych. Skrajnych poglądów jednak nie brakowało. Dla części osób historia Jude’a okazała się wstrząsającym emocjonalnym przeżyciem, pozostającym w pamięci na długo. Inni w setkach stron dostrzegli spore pokłady kiczu i emocjonalnego szantażu, który okazywał się po prostu mocno ciężkostrawny.

Osobiście zasiliłbym szeregi obozu drugiego i raczej nie zapisałbym się do fanklubu ,,Małego życia”. Tym bardziej śpieszę donieść, że wcześniejszy o dwa lata debiut Yanagihary to powieść dużo lepsza i przede wszystkim bardziej intrygująca. ,,Ludzie na drzewach” to historia doktora Nortona Periny. Podczas badań prowadzonych na jednej z wysp położonych w Mikronezji, odkrywa on sekret, nadający ogromny impet jego karierze naukowej. Ukryte przed światem plemię, którego rytuały zgłębia Perina, okazuje się skrywać wiedzę, umożliwiającą znaczne przedłużenie ludzkiego życia. Potem idzie już szybko: kolejne publikacje, Nagroda Nobla i powroty na wyspę, z której naukowiec zaczyna przywozić dziesiątki, wymagających jego zdaniem opieki, dzieci. Rytuał niesie ze sobą jednak określone konsekwencje, które sprawiają, że cała sytuacja z biegiem czasu dodatkowo się komplikuje.

,,Ludzie na drzewach” zachwycają przede wszystkim swoją warstwą konstrukcyjną. Widać, że autorka czerpie tutaj od największych: Conrada czy Nabokova. Najważniejsze jednak, że udaje jej się nadać opowieści własną tożsamość. Potężne wrażenie robi więc rozpięcie historii między refleksją na temat nauki a głęboko poruszającym portretem człowieka, narratora, który nieustannie pogrywa sobie z czytelnikiem, wybrane fakty prezentując z zadziwiającą otwartością, inne skrzętnie ukrywając. Niewiarygodny status całej opowieści sprawia, że całość wręcz zachęca do ponownej lektury zaraz po przerzuceniu ostatniej strony.

Z pewnością sporo kontrowersji wzbudzi ostatni rozdział, dodany niejako mimochodem przez fikcyjnego redaktora odpowiedzialnego za kształt całej opowieści. I nie chodzi tutaj nawet o zawartą w nim treść ile o konieczność zawarcia przekazanych w nim informacji. Niektórzy potraktują go jako mocny, wieńczący całość kontrapunkt; inni uznają za zbędne dopowiedzenie pewnych faktów. Tym razem jednak w sporze czytelników Yanagihary wygra literatura. Czegokolwiek bowiem nie powiedzieć by o konstrukcji zakończenia ,,Ludzie na drzewach” pozostaną dla mnie jedną z najciekawszych tegorocznych premier.

AJ

„Milionerka. Zagadka Barbary Piaseckiej Johnson” – Ewa Winnicka

„Milionerka. Zagadka Barbary Piaseckiej Johnson” to opowieść o pokojówce z Polski, która „dorobiła” się milionów, poślubiając amerykańskiego potentata branży kosmetycznej. Brzmi jak współczesna wersja historii o Kopciuszku, jednakże Pani Barbara skromnym Kopciuszkiem zdecydowanie nie była.

Ewa Winnicka oddaje głos osobom ściśle związanym z bohaterką i szybko można zauważyć, że ich wypowiedzi dalekie są od pochwał. Jedni wiele jej zawdzięczali, inni nie chcieli mieć z nią nic wspólnego. Jak mantra powtarza się jedno stwierdzenie – Piasecka Johnson miała temperament. Była stanowcza, nie znosiła krytyki, ani sprzeciwu, łatwo wpadała w gniew.

Milionerka, kreślona przez Ewę Winnicką, nie wydaje się skomplikowaną postacią. Jej historia jest dosyć prosta. Wyszła za mąż za bajecznie bogatego mężczyznę, zaczęła kolekcjonować obrazy, chciała pomagać Polakom. Chojną ręką przyznawała stypendia, lecz jak sama później zauważyła, niewiele z obdarowanych osób jej podziękowało.  Większość jej pomysłów mających na celu wsparcie rodaków zakończyła się fiaskiem m.in. chęć uratowania Stoczni Gdańskiej. Barbara była jednak niezłomna i mimo trudności, wciąż znajdowała nowe obszary, na które mogłaby przeznaczyć część swojego majątku i tym samym przyczynić się do rozwoju rodzinnego kraju.

Niezwykle ciekawy jest wątek potomków Sewarda Johnsona – milionera, którego poślubiła bohaterka.  Mamy okazję zajrzeć za kotarę, oddzielającą zwykłych śmiertelników, od obrzydliwie bogatych ludzi. Widok, który ukazuje się naszym oczom, jest daleki od tego, co moglibyśmy określić mianem „i żyli długo i szczęśliwie”. Dzieci Sewarda są chciwe, nieszczęśliwe, zagubione, zepsute, egoistyczne, popadają w uzależnienia, nie mogą się odnaleźć w otaczającej je rzeczywistości.

„Milionerka” to ciekawa historia, która potrafi przykuć uwagę. Można znaleźć w niej wiele interesujących wątków, a dzięki lekkiemu pióru autorki, nie czujemy znużenia, zagłębiając się w meandry sądowej walki pomiędzy członkami rodziny Johnsonów. Czytelnik nie znajdzie w niej przepisu „Jak uwieść milionera i już zawsze być młodą, piękną i bogatą”. Dostanie za to historię o tym, że fortuna nie zawsze oznacza szczęście. Pozna losy kobiety niezrozumianej, o trudnym charakterze, a przy tym wielkiej patriotki, której państwo polskie nigdy należycie nie podziękowało, za jej oddanie.

Dż.

Jowka poleca: „Niewiedza” M. Kundera.

„Nie wszystkie powroty są warte wędrówki. Nie każdy jest wart sentymentów. Trudno mi przyznać, co we mnie zawsze zostaje na tak długo – przejmujący smutek czy błyskotliwość autora… A może przeczucie, że Kundera znów „siedział” w mojej głowie i powyciągał z niej skryte przemyślenia? Jakby napisał to tylko dla mnie? Fascynujące i przerażające.”

,,Wchodzi koń do baru” – Dawid Grosman

Krótka powieść Dawida Grosmana, za którą uhonorowany został on w tym roku Międzynarodową Nagrodą Bookera, okazuje się dziełem dość specyficznym, przynajmniej w kwestii formalnej. Narracja przybiera tutaj formę monologu głównego bohatera – stand-upera, dającego wieczorny występ w jednym z klubów nocnych gdzieś w Izraelu. Autor nie skazuje jednak czytelnika na nieprzerwany strumień słów. Umiejętnie przeplata narrację, wprowadzając do historii postać przyjaciela z dawnych lat, który z niejasnych pobudek został zaproszony na występ. Ów przyjaciel staje się więc narratorem całej opowieści, relacjonującym historię komika oraz opowiadającym o wydarzeniach bieżących – starciach z publicznością, chwilach pauzy, własnych refleksjach.

W swoich wcześniejszych powieściach Grossman często skupiał się na portretowaniu społeczeństwa izraelskiego. Opowiadał o życiu Palestyńczyków na terytoriach okupowanych przez Izrael i portretował codzienną egzystencję w Strefie Gazy. W najnowszej powieści wciąż bardzo subtelnie opowiada o współczesnym Izraelu, jednak całościowo pozostaje wierny intymniejszemu wymiarowi swojej książki. Jest więc ,,Wchodzi koń do baru” przede wszystkim relacją złamanego człowieka, spowiadającego się ze swojego życia. Autor tworzy oczywiście relację odpowiednio zniuansowaną, zdaje ją z godnym chirurga wyczuciem, operując subtelnością na bardzo wysokim poziomie. Wybitnie indywidualna wydaje się kwestia tego, w jakim stopniu czytelnik może zostać pochłonięty przez tę krótką, acz intensywną historię. Niektórzy zapewne znużeni odłożą książkę po przerzuceniu kilkunastu stron, inni odpadną w połowie, niektórzy dobrną do końca z wypiekami na twarzy. Dokładnie tak jak opisana na kartach powieści publiczność, która pojawia się w klubie w wieczór występu bohatera.

,,Wchodzi koń do baru” nie zaczyna się wcale jak kiepski dowcip i nie podąża utartymi schematami powieści konfesyjnej. Wydaje mi się, że dla miłośników Grosmana będzie ożywczym elementem na mapie jego twórczości; dla nieprzekonanych lub nieznających pisarstwa autora książką, która z pewnością może zachęcić do dalszego zgłębiania jego dorobku.

AJ