,,Lem. Życie nie z tej ziemi” – Wojciech Orliński

Wojciech Orliński w swojej biografii Stanisława Lema stawia się na pozycji przede wszystkim miłośnika twórczości autora ,,Cyberiady”. W trakcie lektury nie obcujemy więc z niejako ,,obiektywnym” biografem, relacjonującym kolejne fakty z życia swojego bohatera. Mamy za to pełnokrwistego narratora, który nie boi się przytoczyć osobistej opinii na temat konkretnej powieści, przypomnieć anegdoty lub wspomnienia związanego z konkretnym wydarzeniem, czy też uderzyć w emocjonalne tony i zapatrzeć się we własną, sentymentalną przeszłość.

Tego typu autorska strategia przez jednych zostanie potraktowana jako wada, inni uznają ją za największą wartość ,,Życia nie z tej ziemi”. Wystarczy powiedzieć jednak, że to sam Lem, poprzez nieustanne konfabulacje związane z własnym życiorysem (zwłaszcza jeśli chodzi o wojenne przeżycia z okresu lwowskiego) sprawia, że biograf zmuszony jest do kluczenia pomiędzy faktami i niejednokrotnego snucia hipotez na temat konkretnych wydarzeń. Przez cały czas pozostaje jednak szczery zarówno w stosunku do swoich bohaterów, jak i do czytelnika. Rozdział otwierający książkę wyraźnie sygnalizuje, z jakimi zabiegami będziemy mieli do czynienia w jej dalszej części. Oto obrazek domowy: lata 60., obudzony wczesnym rankiem Lem, w pogrążonym we śnie podkrakowskim domu, rozpala w piecu i zgodnie ze swoim codziennym rytuałem zabiera się do porannego pisania, konsumując wcześniej ukradkiem kilka czekoladowych batoników, i wyrzucając opakowania od nich za szafę, aby nie wydało się, że nie do końca przestrzega narzuconej przez lekarzy diety. Czytelnik słusznie zapytuje skąd wiedza autora o takich szczegółach z intymnych, samotnych chwil pisarza, nieopisanych w żadnym z dzienników, niewspomnianych w licznej korespondencji. Orliński od razu jednak przyznaje się do snucia fantazji i ujawnia, że całość skonstruował na podstawie setek opakowań, które odnaleziono za szafą po latach, już po śmierci twórcy ,,Solaris”. Granica między fikcją a życiem jest niezwykle cienka, ale za każdym razem wyczuwalna.

Fanowskie podejście autora sprawia jednak, że książkę czyta się nad wyraz lekko i z rosnącym zaciekawieniem.  I chociaż momentami można odnieść wrażenie, że staranność przytoczenia niektórych faktów z życia bohatera mogłaby być większa, trudno odmówić Orlińskiemu pasji pisania. Na osobną uwagę zasługuje jednak wspominany wcześniej epizod lwowski z dzieciństwa Stanisława Lema.  Do tej pory lata te osnute były tajemnicą, Lem sam wielokrotnie milczał lub sam sobie zaprzeczał, poruszając ten temat w wywiadach. Orliński wykonał więc kawał porządnej reporterskiej pracy, rekonstruując wojenny krajobraz Lwowa i starannie umieszczając w nim postać swojego bohatera. Choćby dla tych obrazów warto po ,,Życie nie z tej ziemi’’ sięgnąć i przy okazji przekonać się, że życie prawdopodobnie największego futurologa wśród pisarzy, bardzo często okazywało się jednak zaskakująco przyziemne.

AJ

„Arkadia” – Lauren Groff

„Arkadia” to modelowy przykład porzekadła ,,nie oceniaj książki po okładce”. O ile okładka jest piękna, książka ładnie wydana, tak sama jej treść pozostaje, delikatnie mówiąc, nieciekawa.

Tytułowa Arkadia to hipisowska komuna, w której urodził się i mieszkał wraz z rodzicami główny bohater  zwany Lutkiem.  Chłopiec nie mówi, jak na swój wiek prezentuje się wyjątkowo wątle, a część sąsiadów podejrzewa, że jest upośledzony.  Jego jestestwo sprowadza się do spacerowania po komunie oraz obserwowania otoczenia. Życie mieszkańców wioski jest tak samo nudne i przewidywalne jak jednowymiarowa postać Lutka, która więcej ma wspólnego z wyschniętym kijem niż z żywym człowiekiem.

Postać Helle – dziewczyny, w której kocha się Lutek – przez chwilę daje nadzieję na odmianę tej historii i mimo miernego początku, buduje w czytelniku napięcie jakoby już za momencik, już za chwileczkę miało wydarzyć się coś ekscytującego. Nie dzieje się jednak nic. A przynajmniej nic  wartego zapamiętania. Co prawda,  mamy do czynienia z momentami wręcz traumatycznymi (pożar czy upadek z dachu, który czyni z silnego mężczyzny inwalidę) mającymi w założeniu nieco rozbudzić uwagę czytelnika i podnieść temperaturę wydarzeń, ale nie wywołują one tyle emocji, ile powinny. Po dwóch dniach zupełnie się o nich zapomina.

Cały pobyt Lutka w Arkadii to strzępy rozmytych sytuacji, którym brak spójności, barwy czy choćby krzty napięcia. Wątki są prowadzone niedbale, czasem nie wiadomo, kto uczestniczy w dialogu, ani nawet o czym jest mowa.

W końcu, po wielogodzinnych spacerkach, snuciu się między drzewami i wysłuchaniu nijakich rozmów, Lutek wraz z rodziną zmuszony jest opuścić Arkadię. Jest to kolejny moment,  kiedy w czytelniku narasta nadzieja na przyśpieszenie tempa tej historii. Można się domyślać, że osobie, która spędziła większość życia w komunie, ciężko będzie się odnaleźć w nowej, ucywilizowanej rzeczywistości.  Traumy? Niezdolność przystosowania do nowego, nieznanego świata? Głębokie przemyślenia? Naprawdę jeszcze na to liczysz naiwny Czytelniku?

Lauren Groff najwidoczniej uważa, że świeżo zarysowana sytuacja nie zasługuje na niczyją uwagę, bo przeskakuje w historii lata świetlne i widzimy Lutka w zupełnie nowych rolach – jest ojcem Grete; synem, którego rodzice się rozstali; artystą; wykładowcą uniwersyteckim, nieumiejącym opędzić się od zakochanych w nim studentek.

Na okładce książki, a także w niektórych recenzjach, możemy przeczytać jakoby Lauren Groff była ,,mistrzynią literackiej mistyfikacji i niedopowiedzenia”. Myślę, że jest to clou tej historii.  Autorka udaje, że stworzyła powieść, a braki w fabule nazwano kurtuazyjnie „niedopowiedzeniami”. Celowo nie wspominam o języku i stylu, jakim posługuje się autorka, ponieważ  desperacko starała się ona wejść na wyżyny intelektu i stworzyć coś pięknego, a skończyło się przerysowaną, nużącą poetyckością, co jest faktem po prostu smutnym i z grzeczności spuśćmy na to zasłonę milczenia.

Czytelnik liczył na jajko Fabergé, a dostał wydmuszkę.

,,Kolej podziemna” – Colson Whitehead

W zalewie narracji na temat epoki niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych Kolej podziemna Colsona Whiteheada wydaje się głosem wyjątkowo ożywczym. Jego książkę na polu literackim można porównać z tym, co w kinie kilka lat temu zrobił Quentin Tarantino, prezentując światu swoje Django. I mowa tutaj oczywiście o wyjątkowości zjawiska i skali oddziaływania, ponieważ artystyczne środki, z których korzystają twórcy, pozostają jednak zgoła odmienne.

Whitehead stawia z jednej strony na dosłowność, z drugiej – na ogrom aluzji, niedopowiedzeń i dwuznaczności. Tytułową kolej podziemną – dziewiętnastowieczną sieć szlaków, umożliwiających niewolnikom z południa ucieczkę na północ, gdzie możliwa była odmiana ich losów­ – przedstawia jako całkowicie realną, podziemną kolejkę, kursującą wydrążonymi tunelami, i przewożącą uciekinierów. Ten stosunkowo prosty zabieg umożliwia mu przedstawienie podróży swojej bohaterki po konkretnych stanach, których obrazy prezentowane są w kolejnych rozdziałach. Ale ten kluczowy dla całej powieści zabieg ma też wymiar bardziej metaforyczny. Kolej staje się miejscem, z którego widoczny jest prawdziwy świat, rzeczywistość nieprzenikniona jak noc, której natura nieustannie umyka oku patrzącego.

Powieść uderza jednak najmocniej za sprawą przemyślanej konstrukcji. Kolejne rozdziały poświęcone poszczególnym stanom, oddzielone są krótkimi fragmentami dotyczącymi bohaterów. To w tych miejscach najpełniej wyraża się kunszt pisarstwa Whiteheada. W niezwykłych miniaturach i przy pomocy wyjątkowo ascetycznego języka potrafi on nakreślić złożony psychologicznie i wiarygodny obraz okrutnego łowcy niewolników, niepewnej żony jednego z abolicjonistów, czy matki głównej bohaterki, której w przeszłości jako jedynej z plantacji powiodła się ucieczka na północ. Ten ostatni fragment pojawia się w końcowej części książki, a jego zaskakująca puenta staje się niejako podsumowaniem całej opowieści. Podsumowaniem wyjątkowo smutnym, ale przenikliwym i pozostającym w pamięci na długo.

AJ