,,Ingmar Bergman. Miłość, seks i zdrada”- Tomas Sjöberg

Opowieśc biograficzna zawsze wymaga znalezienia pewnego rodzaju złotego środka. Uzyskanie intrygującego i przede wszystkim uczciwego obrazu osoby, o której się opowiada wymaga odmierzenia z aptekarską dokładnością proporcji pomiędzy tym co prywatne a publiczne. W wypadku opowieści o artystach tym drugim czynnikiem najczęściej okazuje się tworzona przez nich sztuka. To, co prezentowali swojej publiczności, co kreowało ich jako osobowości odbierane przez świat, co sprawiło, że zapisali się w historii i że dziś można pisać na ich temat opasłe tomy.

Tomas Sjöberg nie bawi się w tego typu szczegóły. W swojej książce ,,Bergman. Miłość, seks i zdrada” (tytuł tyleż subtelny co dobrze oddający naturę całej publikacji) już na samym wstępie z grubej rury oznajmia, że jego zdaniem kluczem do opowieści o artyście jakim był Bergman jest spojrzenie na niego wyłącznie przez pryzmat życia prywatnego. Taktykę autora z jednej strony można uznać za podstawową uczciwośc wobec czytelnika i próbę odparcia krytyki, sugerującej, że tego typu optyka to jednak pójście na łatwiznę. Z drugiej ma się też prawo do potraktowania tej deklaracji jako usprawiedliwienia i obrony po prostu kiepskiej książki.

Z premedytacją wybieram opcję numer dwa. Sjöberg pisze o Bergmanie w kontekście jego, jakby nie patrzeć, skandalizującego życia prywatnego. Z lubością przedziera się przez kolejne kobiety, żony, kochanki, pojawiające się w życiu reżysera. Jakieś ¾ opowieści prowadzi z punktu widzenia matki bohatera i opiera się na jej zapiskach, pokładając w nich ślepą wiarę. Zresztą autor wydaje się traktować jako totalnie obiektywne dokumenty notatki wszystkich swoich bohaterów, poza samym Bergmanem. Wyznania tegoż co rusz spotykają się ze sceptycyzmem – czy aby na pewno było właśnie tak jak wspomina to bohater?

W wariancie optymistycznym można uznać, że książka Sjöberga to po prostu niezbyt udany balans tego co dla biografii najważniejsze. Mimo wszystko warto docenić poznawczą wartość dzieła i dogłębną analizę biografii reżysera, a przede wszystkim jego życia rodzinnego. Opcja pesymistyczna zakłada, że to ,,dzieło” wątpliwej jakości literackiej, pretendującej co najwyżej do miana taniej sensacji i skandalu. Po raz kolejny wybieram wariant drugi. Być może jednak warto czytać obszerne opisy o tym, jak filmowiec porzucał kolejne kobiety i wiązał się z innymi, a przy okazji najwyraźniej od niechenia nakręcił ,,Personę”. Być może warto odbrązawiać pomniki i zrzucać z piedestału właśnie w ten sposób. Nawet jeśli uznamy, że kolejne zdania autor zapisuje głównie po to, żeby czytelnik złapał się za głowę i stwierdził, że to się po prostu nie mieści w pale.

A.J.

,,Makbet” – Jo Nesbø

Nowoczesne laboratorium a w nim stary, żeliwny kocioł z parującym wywarem – narkotykiem, trzymającym w swojej mocy połowę miasta. Rzeczywistą władzę sprawuje tutaj komendant policji, mieszkańcy noszą szekspirowskie imiona, a porozumiewają się ze sobą, podejrzanie wygładzonymi zdaniami. Każdy ma w sobie coś z poety i myśliciela. Narkotykowi bossowie wygłaszają przepowiednie, a wyrzuty sumienia powracają w postaci zakrwawionych upiorów. Krótko mówiąc – samo życie.

Szekspirowski ,,Makbet” to opowieść na tyle uniwersalna i ponadczasowa, że niejednokrotnie już udowadniano (czy to w literaturze, teatrze czy kinie), że działa równie dobrze umieszczona w dowolnych czasach, realiach, czy kręgach kulturowych. Za prawdopodobnie najsłynniejszy przykład może posłużyć tutaj ,,Tron we krwi” Akiry Kurosawy, który w 1957 roku przeniósł tę mroczną historię o władzy i morderczej ambicji, w realia XV wiecznej Japonii. Nesbø idzie za ciosem i umieszcza fabułę w środowisku i konwencji, w której czuje się jak ryba w wodzie. Tym razem jego wybór pada na lata 70. i skorumpowane miasto bez nazwy, przypominające gnijące amerykańskie metropolie z ,,Taksówkarza”, czy ,,Francuskiego łącznika”, gdzie walka toczy się o stołek komendanta policji.

Efekt jest oczywiście odpowiednio sugestywny. Nesbø to świetny fachowiec od opowieści o dobrych i złych policjantach, więc całość wybrzmiewa przekonująco. Bohaterowie nakreśleni są ciekawie, udaje się zarysować bogate tło psychologiczne, podkreślające ich motywacje (choć pod tym względem najmniej interesujący wydaje się bohater tytułowy). Autor (podobnie jak Justin Kurzel, autor filmowej adaptacji ,,Makbeta” z 2015 roku) w ciekawy sposób rozwija kwestię dzieci Lady Makbet i jej istotnego znaczenia dla całej opowieści. Poszczególne elementy tradycji i nowoczesności połączone zostały w dość udany sposób, dzięki czemu lektura przede wszystkim wciąga – a przecież tego oczekujemy od powieści norweskiego speca od kryminałów.

Mój osobisty problem z książką polega na tym, że spodziewałem się po autorze większej wolty. Po wypowiedziach, w których przyznawał, że w ramach ,,Projektu Szekspir” zdecydował się przepisać na nowo właśnie ,,Makbeta”, ze względu na to, że jest to jego zdaniem najmniej doskonały dramat autora ze Stratford, nastawiłem się na małą rewolucję. Nic nie stało przecież na przeszkodzie, żeby potraktować oryginał mniej dosłownie, porzucić szkielet fabularny czy zrezygnować z niektórych rozwiązań, co do których autor sam podchodził z dystansem (np. przepowiednie). Tymczasem 500 stron ,,Macbetha” Nesbø to raczej odhaczanie kolejnych punktów archetypicznej opowieści. Wypada się cieszyć, że jest to odhaczanie wysokiej klasy fachowca, pozwalające na pochłonięcie książki w stosunkowo krótkim czasie.

A.J.

,,Wolność i spluwa” – Dan Baum

,,Nie zgadzam się ze wszystkim co Pan napisał, ale nie umiem powiedzieć dlaczego”. Tymi słowami podsumowała artykuł Dana Bauma, jedna z jego ,,szczerych” czytelniczek ze Seattle. Tekst dotyczył doświadczeń z noszenia przy sobie broni palnej, na który to eksperyment autor zdecydował się po długim namyśle. Wnioski, które udało mu się wysnuć, okazały się dalekie od banału, nie na tyle jednak, aby pogodzić wyjątkowo  spolaryzowaną pod tym względem Amerykę.

Baum bez trudu zdobywa zainteresowanie czytelnika już na wstępie, kiedy to deklaruje się jako ,,lubiący sobie postrzelać”, głosujący na Obamę, demokrata – liberał. Z tej właśnie perspektywy dokonuje próby diagnozy tego, co dzieli jego rodaków jeśli chodzi o stosunek do broni palnej, jawiącej się w USA jako temat nieustannie gorący. Przypina więc kaburę do pasa i rusza na ulice amerykańskich miasteczek, zastanawiając się, czy w jego rodzimym Boulder nie zostanie zlinczowany przez bandę miłośników sklepów z organiczną żywnością (wizytę w tym miejscu z zajmującym całe biodro rewolwerem Smith & Wessons określa jako wyjątkowo stresującą).

W postaci autora zawiera się więc niejako cała Ameryka – równie radykalna z jednej, jak i z drugiej strony. Autor pokazuje, że zwolennicy złagodzenia przepisów dotyczących dostępu do broni i piewcy drugiej poprawki, nie zwracają uwagi na to, że obecne regulacje wcale nie są specjalnie dotkliwe, a przestępczość nie rośnie w alarmującym tempie.  Z kolei przeciwnicy ,,klamek’’ na ulicach często nie mają pojęcia, o czym tak naprawdę mówią lub czego chcą zakazać, określając niektóre elementy broni jako ,,to wystające na górze”.

Kolejne rozdziały – kolejne problemy. A to dotyczące dostępu do broni powiązanego z kwestią rasową, a to rozmaitych prawnych regulacji dotyczących tego, w jaki sposób pistolet można zakupić, a to zjawiska hoplofobii, czyli podświadomej niechęci do broni palnej, która praktycznie uniemożliwia z nią jakikolwiek kontakt. Wszystko to sprawia, że zjawisko opisywane przez Baumana jawi się ostatecznie jako coś nierozstrzygalnego, a próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego niektórzy broń kochają, a inni jej nienawidzą, kończy się fiaskiem. Na nic zdają się wypowiedzi kolejnych przepytywanych przez autora osób, na nic w kontekście problemu broni zdają się statystyki, które interpretowane w oderwaniu od innych czynników nie przynoszą żadnych konkretnych informacji.

Wielka wartość ,,Wolności i spluwy” leży również w umiejętności autora do sprawiedliwego zadawania razów.  Dostaje się więc każdemu, ale też każdy odnajdzie na kartach książki swoje racje. Ten sprawiedliwy ton wydaje się szczególnie cenny, zwłaszca w kontekście tak kontrowersyjnego tematu, który wciąż konfrontuje między sobą rzesze osób o często podobnych poglądach światopoglądowych czy politycznych.

 

A.J.

„Żebrowski. Hipnotyzer.” – Jakub Socha

Każdy los jest pełen kontrastów. Mimo wszystko wielu artystom często przypinamy łatki, dzięki którym łatwiej jest nam ich kategoryzować, analizować, rozumieć. Ktoś będzie więc awangardowym buntownikiem, ktoś inny, kontemplacyjnym filozofem. Jeszcze inny zasmakuje afrodyzjaku młodości, aby z biegiem lat uspokoić udręczoną duszę i zasiąść na fotelu myśliciela.

To właśnie ten trzeci wariant można przypisać Edwardowi Żebrowskiemu – szarej eminencji polskiego kina, twórcy zaledwie trzech filmów pełnometrażowych, który mimo tego trwale zapisał się na firmamencie polskiej kinematografii. Młodość reżysera to wypełnione włóczęgą i alkoholem lata w towarzystwie Marka Hłaski, jednego z największych w powojenne Polsce buntowników świata literatury. Postępująca choroba, ograniczająca możliwości ruchowe Żebrowskiego, oraz idąca za tym zmiana w podejściu do życia sprawiły, że z biegiem lat zaczął być on określany raczej jako ,,mnich’’ polskiego kina. Spokojny, wyważony artysta o zdecydowanych poglądach, zdolny rzucić cierpką pochwałę, znaczącą więcej niż największy komplement, ale też złoić rózgą i wypowiedzieć prawdę prosto w oczy młodego adepta sztuki filmowej.

Książka Jakuba Sochy postać Żebrowskiego przybliża w sposób dość zmyślny. Autor często oddaje głos osobom, które reżysera znały i które mają na jego temat wiele do powiedzenia. Tworzy to więc mozaikę głosów znakomitych postaci polskiego kina i szeroko pojętej kultury, konstrukcją przypominając niejako film dokumentalny w konwencji gadających głów. Zabieg ten sprawdza się zaskakująco dobrze – Żebrowski jako postać enigmatyczna cały czas majaczy gdzieś w oddali, jednak podczas lektury nie czujemy jakbyśmy faktycznie, dogłębnie poznali jego postać. Nie traktuję tego jednak jako wady, ale uznaję za ciekawą konwencję literacką, która bardzo dobrze sprawdza się w opowiadaniu o tym konkretnym bohaterze.

Edward Żebrowski znany jest dziś prawdopodobnie najbardziej ze zrealizowanej w 1978 roku adaptacji ,,Szpitala przemienienia” Stanisława Lema (która pisarzowi standardowo nie przypadła do gustu). Jednak z książki dowiedzieć się można, że poza realizacją fabuł stanowił on niezwykle ważny element polskiego krajobrazu filmowego. Współpraca z Krzysztofem Zanussim przy scenariuszach dużej części jego filmów, działalność pedagogiczna, jeden z najważniejszych członków zespołu filmowego ,,Tor”, filmy dokumentalne. To wszystko i jeszcze więcej sprawia, że to właśnie o osobach takich jak Żebrowski powinny być pisane książki biograficzne. Znanych, kojarzonych, a mimo wszystko pozostających na uboczu świadomości współczesnego miłośnika polskiego kina.

A.J.

„Purezento” – Joanna Bator

Czytelnicy, niezaznajomieni wcześniej z twórczością Joanny Bator, pochłaniając jej najnowszą książkę będą mile zaskoczeni, że napisała ją polska autorka. „Purezento” jest przesiąknięta Japonią i gdyby w centralnym miejscu okładki, nie znajdowało się imię i nazwisko naszej rodaczki (skądinąd laureatki prestiżowej Nagrody Literackiej Nike), można by przypisywać jej autorstwo obywatelowi Kraju Kwitnącej Wiśni.

„Purezento” to świeża i oryginalna opowieść. Czyta się ją z niesłabnącą ciekawością, a każda kolejna, tak bardzo nierzeczywista i absurdalna sytuacja,  w której centrum jest bezimienna bohaterka, sprawia że czytelnik, niczym spragniony na pustyni, mówi „Chcę więcej”. Ogromnym plusem tej historii, jest to, że wertując kolejne kartki nie wiadomo, czego się spodziewać. Główna bohaterka też tego nie wie i dzięki temu powstaje magiczna, literacka symbioza między nią a czytelnikiem.

Wielkim minusem, który wielu osobom zepsuje całą przyjemność z lektury, jest opis historii zamieszczony na okładce. „Purezento” od początku do końca powinno stanowić zagadkę. Każda następna strona ma być zaskoczeniem, a czytający mają swobodnie płynąć wraz z potokiem słów, starannie dobranych przez autorkę. Dla mnie ta książka była ciekawa i frapująca, dopóki w pewnym momencie nie skusiłam się i nie zaczęłam czytać treści zamieszczonych na okładce. Tak szczegółowy opis sprawił, że domyśliłam się czego mniej więcej mogę się spodziewać. Oczywiście, zazwyczaj czytam krótkie streszczenie zanim zabiorę się za lekturę i nie mam z nimi żadnego problemu. Jednak tym razem, odradzam takie postępowanie. Przypadek „Purezento” jest wyjątkowy, może dlatego, że to książka napisana w wyjątkowy sposób.

W związku z powyższym, nie przedstawię zarysu akcji, ani też nie pokuszę się o krótką charakterystykę postaci. Czytając, należy zaufać autorce i dać się ponieść historii. Poprowadzi Was delikatnie, przez świat subtelnych metafor, analogii, harmonii i tego wszystkiego, co wiąże się z patetycznie brzmiącym, szukaniem własnego „ja”.

Joannie Bator, daleko do najbardziej znanego japońskiego pisarza na świecie – H. Murakamiego, ale podejrzewam, że jej zamiarem nie było ścigać się z mistrzem. Odnalazła się w japońskim stylu i był to eksperyment udany. Poszła własną drogą, zgrabnie manewrowała prostotą i oszczędną formą. Reasumując: nie jest to arcydzieło, aczkolwiek miłe, pozytywne zaskoczenie.

Dż.