„Arkadia” – Lauren Groff

„Arkadia” to modelowy przykład porzekadła ,,nie oceniaj książki po okładce”. O ile okładka jest piękna, książka ładnie wydana, tak sama jej treść pozostaje, delikatnie mówiąc, nieciekawa.

Tytułowa Arkadia to hipisowska komuna, w której urodził się i mieszkał wraz z rodzicami główny bohater  zwany Lutkiem.  Chłopiec nie mówi, jak na swój wiek prezentuje się wyjątkowo wątle, a część sąsiadów podejrzewa, że jest upośledzony.  Jego jestestwo sprowadza się do spacerowania po komunie oraz obserwowania otoczenia. Życie mieszkańców wioski jest tak samo nudne i przewidywalne jak jednowymiarowa postać Lutka, która więcej ma wspólnego z wyschniętym kijem niż z żywym człowiekiem.

Postać Helle – dziewczyny, w której kocha się Lutek – przez chwilę daje nadzieję na odmianę tej historii i mimo miernego początku, buduje w czytelniku napięcie jakoby już za momencik, już za chwileczkę miało wydarzyć się coś ekscytującego. Nie dzieje się jednak nic. A przynajmniej nic  wartego zapamiętania. Co prawda,  mamy do czynienia z momentami wręcz traumatycznymi (pożar czy upadek z dachu, który czyni z silnego mężczyzny inwalidę) mającymi w założeniu nieco rozbudzić uwagę czytelnika i podnieść temperaturę wydarzeń, ale nie wywołują one tyle emocji, ile powinny. Po dwóch dniach zupełnie się o nich zapomina.

Cały pobyt Lutka w Arkadii to strzępy rozmytych sytuacji, którym brak spójności, barwy czy choćby krzty napięcia. Wątki są prowadzone niedbale, czasem nie wiadomo, kto uczestniczy w dialogu, ani nawet o czym jest mowa.

W końcu, po wielogodzinnych spacerkach, snuciu się między drzewami i wysłuchaniu nijakich rozmów, Lutek wraz z rodziną zmuszony jest opuścić Arkadię. Jest to kolejny moment,  kiedy w czytelniku narasta nadzieja na przyśpieszenie tempa tej historii. Można się domyślać, że osobie, która spędziła większość życia w komunie, ciężko będzie się odnaleźć w nowej, ucywilizowanej rzeczywistości.  Traumy? Niezdolność przystosowania do nowego, nieznanego świata? Głębokie przemyślenia? Naprawdę jeszcze na to liczysz naiwny Czytelniku?

Lauren Groff najwidoczniej uważa, że świeżo zarysowana sytuacja nie zasługuje na niczyją uwagę, bo przeskakuje w historii lata świetlne i widzimy Lutka w zupełnie nowych rolach – jest ojcem Grete; synem, którego rodzice się rozstali; artystą; wykładowcą uniwersyteckim, nieumiejącym opędzić się od zakochanych w nim studentek.

Na okładce książki, a także w niektórych recenzjach, możemy przeczytać jakoby Lauren Groff była ,,mistrzynią literackiej mistyfikacji i niedopowiedzenia”. Myślę, że jest to clou tej historii.  Autorka udaje, że stworzyła powieść, a braki w fabule nazwano kurtuazyjnie „niedopowiedzeniami”. Celowo nie wspominam o języku i stylu, jakim posługuje się autorka, ponieważ  desperacko starała się ona wejść na wyżyny intelektu i stworzyć coś pięknego, a skończyło się przerysowaną, nużącą poetyckością, co jest faktem po prostu smutnym i z grzeczności spuśćmy na to zasłonę milczenia.

Czytelnik liczył na jajko Fabergé, a dostał wydmuszkę.