„Z nienawiści do kobiet” – Justyna Kopińska

Justyna Kopińska, autorka szeroko komentowanego reportażu „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?” oraz obsypanego nagrodami „Polska odwraca oczy”  powraca z kolejną mocną pozycją. „Z nienawiści do kobiet” to zbiór ośmiu opowieści, które wbrew pozorom nie traktują wyłącznie o kobietach, choć nie brakuje tu ich historii. Historii o molestowaniu, poniżaniu, zastraszaniu. Autorka oddaje im głos, by samej zabrać go dopiero w postaci krótkiej rozmowy z Szymonem Jadczakiem.

Nie sposób określić, która część książki poruszy czytelnika najmocniej. Przy tematach tak trudnych, nie godzi się hierarchizować ludzkiego cierpienia. Różnorodność bohaterów i wydarzeń sprawiają, że budzi się w odbiorcy poczucie głębokiej niesprawiedliwości, a co za tym idzie empatii do każdej z ofiar. Sama autorka tylko raz ujawnia swoje emocje. W reportażu o księdzu, który latami gwałcił dwunastoletnią dziewczynkę, nie ponosząc za to żadnej odpowiedzialności. Kopińska spędza godziny na rozmowie z ofiarą (niedoszłą samobójczynią, pacjentką szpitali psychiatrycznych), by następnie udać się na mszę odprawioną przez pedofila Romana B. W rozmowie z księdzem nie boi się zadać trudnych pytań, lecz po wyjściu z kaplicy z emocji przewraca się na ulicy.

„Z nienawiści do kobiet” to osiem doskonale przedstawionych historii, które są pokłosiem rzetelnej, reporterskiej pracy wykonanej przez autorkę. Niezaprzeczalnym walorem książki jest prosty język, który trafi nie tylko do fanów reportaży śledczych, ale do każdego kto sięgnie po tę pozycję. Autorka unika patosu, nie używa górnolotnych sformułowań, żeby podkreślić dramaty swoich bohaterów. Nie gra na emocjach, lecz pozwala, aby to w umyśle i sercu czytelnika zasiało się ziarno świadomości i gniewu. Kopińska nie chce przypodobać się krytykom czy tworzyć literackiej rewolucji. Ona chce dotrzeć do czytelnika i to udaje jej się bezbłędnie.

Dż.

,,Jedyna historia” – Julian Barnes

Literatura kocha różne kombinacje tej samej opowieści. Przetworzone motywy, wariacje fabularne, powracające jak echo postaci. Wszystko często pojawia się raz za razem w kolejnych tekstach kultury. Podobny schemat nieco inna konfiguracja. Prym w takich archetypicznych narracjach wiodą rzecz jasna historie o miłości, przeważnie nieszczęśliwej. Obecne w literaturze od zarania  dziejów, objawiają się co jakiś czas prezentując coraz to nowsze oblicza.

,,Jedyna historia” Barnesa to dobry dowód na to, że diabeł tkwi w szczegółach. W warstwie fabularnej mamy historię starą jak świat. On – młody chłopak z porządnej, angielskiej rodziny poznaję Ją na zajęciach w klubie tenisowym. Ona – starsza od niego o kilkanaście lat mężatka, zmęczona nieco swoim ustabilizowanym życiem i mężem, którego łatwo pomylić z ogrodnikiem. Konstrukcja całej opowieści jest równie prosta, jak gra w klasy. Pierwsza część to historia wielkiego rozkwitu miłości, druga – jej bolesnego upadku. Dzieląca bohaterów różnica wieku, dystans społeczny, odmienne podejście do życia ostatecznie dają o sobie znać i pukają, a w zasadzie łomocą, do ich wątłych drzwi. A potem wysadzają je z hukiem.

Barnes dowodzi tego, że jest prawdopodobnie jednym z najlepszych współczesnych mistrzów pióra. Prostą z pozoru opowieść potrafi ubrać w odpowiednią ilość niuansów, aby zainteresować i zachwycić. Pokazał to już w znakomitym ,,Zgiełku czasu” i chociaż ,,Jedyna historia” stoi klasę niżej od tamtego tytułu, również potrafi zachwycić. A to subtelną narracją i ledwie zauważalną zmianą perspektywy; a to powracającą jak refren refleksją na temat pamięci oraz tego, jak bardzo potrafi być zwodnicza. Wszystko to sprawia, że cała opowieść z jednej strony traci na wiarygodności, z drugiej jeszcze mocniej działa na  emocje czytelnika. Co więcej, z pozoru oczywiste i proste rozwiązania z czasem potrafią zaskoczyć nieoczekiwaną woltą. Potulny mąż bohaterki nie jest więc wcale taki potulny jak mogłoby się wydawać, a sąsiadka alkoholiczka ma do przekazania zakochanej parze mnóstwo mądrości, choć mogłoby się wydawać, że nie mówi zupełnie nic.

Cytatami z książek Barnesa można by obdzielić pewnie kilka tuzinów innych autorów. Tutaj najbardziej uderza chyba początkowe zdanie z kluczowym w kontekście całości pytaniem o to, jak mocno należy kochać i cierpieć przez utratę miłości. Narrator przyznaje, że to pytanie jedyne i ostateczne. Prostota całej konkluzji uderza, choć od początku lektury nie upłynęła nawet minuta.

,,Jedyna historia” to najlepszy dowód na to, że warto czytać te najprostsze opowieści.

A.J.

 

,,Inni ludzie” – Dorota Masłowska

Chociaż od momentu premiery książki nie minęło wiele czasu, o ,,Innych ludziach” napisano już całkiem sporo. Nowa powieść Masłowskiej to świadectwo współczesnej Polski, które czytane za kilka dekad, da wyobrażenie o tym, czym były nasze czasy. To popis językowej ekwilibrystyki – autorka została zresztą obwołana jej Carycą już lata temu. To eksperymentalny album hip-hopowy, imponująco zarejestrowany na kartkach papieru i spięty dwiema okładkami. Tyle i wiele, wiele więcej.

Jest więc nowe dzieło autorki z Wejherowa przykładem utworu – wora, do którego można wrzucić dużo i dowolną ilość rzeczy z niego wyciągnąć. 150 stron ,,Innych ludzi” blednie w porównaniu z objętością dyskursu, wytworzonego do tej pory wokół tego stosunkowo niedługiego tekstu (już zajawka z tyłu okładki, dość konkretnie precyzuje, w jaki sposób odczytywać ten ,,polifoniczny utwór-potwór”). Oczywiście z wymienionymi powyżej punktami trudno dyskutować. Rzeczywiście jest to przykład wyjątkowej koncepcji językowej, niemającej sobie równych we współczesnej literaturze polskiej. Rytm słów, potok skojarzeń, próba oddania językowego kolorytu określonych warstw społecznych. We wszystkich tych aspektach Masłowska jak zwykle trafia w punkt. Nie sposób też nie zgodzić się, że jest to zapis pewnego stanu ducha i świadomości określonej części społeczeństwa, od lat zresztą autorce bardzo bliskiej.

O pewnej grupie pisarzy mówi się, że nieustannie tworzą oni jedną i tę samą książkę. Nie znaczy to jednak, że należy odbierać im prawo do rozwoju. ,,Inni ludzie” najbardziej przypominają ,,Pawia królowej” – powieść z roku 2005, za którą autorka została uhonorowana nagrodą NIKE. Podobna jest konwulsja i rytm hip-hopowej nawijki, służącej do opowiedzenia fabuły. O ile tam mieliśmy jednak do czynienia z pewnego rodzaju satyrą na światek warszawski i nie tylko, tak tutaj rozpisana na cztery postaci antyfabuła, nie jest aż tak radykalna i nie zamyka się na ograniczony wycinek rzeczywistości. Jeden z bohaterów marzy o nagraniu płyty hip-hopowej, nawiązuje przygodny romans ze starszą mężatką. Ta z gruntu nieszczęśliwa kobieta czuje się zaniedbywana przez męża, co prowadzi do jej uzależnienia od leków itd itp.

Całość nie zmierza oczywiście do punktu kulminacyjnego ani do wyłożonej na ławę konkluzji. Widać jednak, że Masłowska patrzy na swoich bohaterów z nieco większą empatią niż 13 lat temu. Czy skutkuje to lepszą literaturą? Trudno ocenić. Ten kto do tej pory jej książek nie cenił, z pewnością i w tym wypadku nie zostanie przekonany. Na co bezwzględnie warto zwrócić jednak uwagę to na formę całego wydawnictwa. Książka wyglądająca jak monstrualna okładka płyty CD oraz specyficzne opracowanie graficzne Macieja Chorążego sprawiają, że ze świecą szukać równie oryginalnej pozycji na polskim rynku wydawniczym . A to już może być powód ku temu, aby ,,Innych ludzi” na półce postawić.

A.J.

,,Komeda. Osobiste życie jazzu” – Magdalena Grzebałkowska

Jest w Los Angeles ulica, która wygląda dziś zupełnie inaczej niż 50 lat temu. Domy przebudowano, skarpy zarosły bluszczem, otoczyły je mury. Mieszkańcy nie pamiętają lub nie chcą pamiętać, żyjących tu pół wieku temu osób i wydarzeń, w których brały one udział. Wszystko toczy się spokojnym, ustabilizowanym rytmem w cieniu Fabryki Snów.

Przy Oriole Lane 1540 pięćdziesiąt lat temu mieszkał Krzysztof Komeda Trzciński. Pod tym adresem miał też miejsce wypadek, który stał się bezpośrednią przyczyną śmierci kompozytora. Grzebałkowska nie zaczyna jednak swojej książki z wysokiego C (chociaż ma ku temu niezbędne umiejętności – jej opis ostatnich miesięcy życia bohatera to popis kunsztu reporterskiego pióra). Unika taniej sensacji i zamiast tego skupia się na tym, co w postaci Komedy najistotniejsze – muzyce. A konkretnie rozległej panoramie muzycznej jazzowej Polski lat 50. i 60.

Biografia to nietypowa. Kiedy już dowiemy się, jakim Trzciński był człowiekiem i jak mało informacji pozostawił na swój temat (brak jakichkolwiek dzienników czy listów), łatwiej zrozumieć, dlaczego w książce również jawi się jako osoba nieco ,,przezroczysta”. Tym bardziej że na kolejnych stronach wykwitają kolejne osobistości polskiego towarzystwa artystycznego sprzed pół wieku, które mogłyby stać się bohaterami osobnych opowieści – Tomasz Stańko, Agnieszka Osiecka, Marek Hłasko, Roman Polański i naprawdę wielu (!) innych. Barwnych życiorysów nie brakuje, zdarza się więc, że Komeda schodzi na dalszy plan opowieści. Twórca kultowej kołysanki z ,,Dziecka Rosemary” to nie Zdzisław Beksiński (bohater jednego z poprzednich reportaży autorki), drobiazgowo rejestrujący swoje życie na każdym jego etapie. Z książki wyłania się jednak postać nie mniej fascynująca – nieśmiały introwertyk obdarzony olbrzymim talentem, który chyba w największym stopniu przyczynił się do wywołania fermentu, jaki w polskim społeczeństwie tamtych dni zasiała muzyka jazzowa. Tytuł książki sugeruje zresztą, że to właśnie Trzciński dosłownie tym jazzem był.

Tak więc, kto o Komedzie co nieco już się naczytał, i tak po książkę Grzebałkowskiej sięgnąć powinien, bo wykracza ona znacznie poza jego postać. Nie znaczy to jednak, że autorka nie odrobiła pracy domowej, jeśli chodzi o główną personę. Nakreślenie relacji bohatera z apodyktyczną żoną Zofią, uważającą się za matkę jego sukcesu, czy niepublikowana dotąd relacja z wypadku na Oriole Lane to smaczki, nadające książce nieco sensacyjnego sznytu. A takie sceny jak Trzciński bezwiednie trzymający dłonie na klawiszach fortepianu nawet podczas zwykłej rozmowy, pięknie obrazują, jak bardzo przesiąkniętym muzyką był człowiekiem. Tematy te pozostają jednak niejednoznaczne do (dosłownie) ostatniego zdania. To wystarczy, aby uznać książkę Grzebałkowskiej za piękny hołd nie tylko dla człowieka, ale i jego czasów.

A.J.

„Upadek gigantów” – Ken Folett

„Upadek gigantów” to książka, w której można zatopić się jak w ciepłym masełku. Łączy w sobie najlepsze cechy powieści historycznej, sensacyjnej, obyczajowej, no i jakże by inaczej – romansu. Jej wielowątkowość, rozmach i objętość pozornie mogą wydawać się przytłaczające, lecz nic bardziej mylnego. Szybkie tempo wydarzeń sprawia, że – i tu pozwolę sobie użyć wyświechtanego i zużytego, aczkolwiek w tym przypadku bardzo trafnego sformułowania – ta historia zupełnie pochłania Czytelnika.

Bohaterami powieści są członkowie pięciu rodzin – amerykańskiej, rosyjskiej, niemieckiej, angielskiej i walijskiej, dzięki czemu mamy okazje przyjrzeć się życiorysom nakreślonym w dużej mierze przez sytuację gospodarczo-polityczną kraju, w którym się urodzili. Fakt, że bohaterowie pochodzą z różnych klasach społecznych dodatkowo poszerza powieść o nowe wymiary postrzegania ówczesnych wydarzeń historycznych. Na uznanie zasługuje również sama konstrukcja psychologiczna postaci. Ken Folett daleki jest od drobiazgowego charakteryzowania, co w tym przypadku jest absolutnie zrozumiałe. Szeroka panorama historyczna, mozaika wątków i sieci powiązań jest wystarczająco ciekawa i absorbująca, a zanurzanie się w osobowości bohaterów zupełnie zbędne. Autor wykonał skuteczny zabieg stworzenia zarysu postaci w takim stopniu, aby Czytelnik odczuł z nimi więź, a jednocześnie miał pole do indywidualnych wyobrażeń. Ponadto, wielopostaciowość i różnorodność charakterów, dają możliwość wybrania swojego ulubionego bohatera, którego losy ze szczególną uwagą będziemy śledzić do ostatniej strony. Czy będzie to brytyjska arystokratka Maud zakochana bez pamięci w niemieckim oficerze Walterze; czy może Ethel Williams walcząca o prawa kobiet; czy Grigorij o szlachetnym sercu pracujący w Zakładach Putiłowskich – możliwości jest wiele.

Cechą wspólną, większości głównych uczestników opisywanych wydarzeń, jest niezgoda, na bycie popychanym przez maszynę sterowaną siłami potężniejszymi od nich samych. Bohaterowie Kena Foletta walczą z niesprawiedliwością, dyskryminacją, ubóstwem i każdą kolejną kłodą rzuconą im pod nogi przez życie i okoliczności, w jakich przyszło im żyć. Każdy z nich próbuje odnaleźć drogę do szczęścia, lecz jak to bywa w najlepszych powieściach, nigdy nie wiadomo gdzie poniesie ich wiatr historii.

Ken Folett stworzył epicki majstersztyk, który  nie znudzi nawet najbardziej wybrednego odbiorcy. Przenosi Czytelnika w rozmaite miejsca, zaczynając od przedwojennej walijskiej kopalni, brnąc przez wojenne niemieckie i francuskie okopy, przyglądając się rosyjskiej rewolucji i narodzinom Ameryki, a kończąc na nowej, powojennej rzeczywistości. Niewątpliwie jest to podróż zapierająca dech w piersiach i jednocześnie doskonała lekcja historii. Momentami budząca skojarzenia z „Wojną i pokojem” Lwa Tołstoja oraz brytyjskim serialem „Downton Abbey”. Wątki miłosne zdecydowanie najbardziej poruszą serca i umysły Czytelników i proszę mi wierzyć, nie raz pojawi się w myślach hasło: „O rety, o rety, on ją kocha”. Podobnie zresztą jak wielokrotnie powracające – „To jest genialne! Niech ktoś nakręci serial na podstawie tej powieści!”. Tymczasem, pozostaje zapoznać się z książką i jest to opcja, o której śmiało można powiedzieć – warto!

Dż.