,,Makbet” – Jo Nesbø

Nowoczesne laboratorium a w nim stary, żeliwny kocioł z parującym wywarem – narkotykiem, trzymającym w swojej mocy połowę miasta. Rzeczywistą władzę sprawuje tutaj komendant policji, mieszkańcy noszą szekspirowskie imiona, a porozumiewają się ze sobą, podejrzanie wygładzonymi zdaniami. Każdy ma w sobie coś z poety i myśliciela. Narkotykowi bossowie wygłaszają przepowiednie, a wyrzuty sumienia powracają w postaci zakrwawionych upiorów. Krótko mówiąc – samo życie.

Szekspirowski ,,Makbet” to opowieść na tyle uniwersalna i ponadczasowa, że niejednokrotnie już udowadniano (czy to w literaturze, teatrze czy kinie), że działa równie dobrze umieszczona w dowolnych czasach, realiach, czy kręgach kulturowych. Za prawdopodobnie najsłynniejszy przykład może posłużyć tutaj ,,Tron we krwi” Akiry Kurosawy, który w 1957 roku przeniósł tę mroczną historię o władzy i morderczej ambicji, w realia XV wiecznej Japonii. Nesbø idzie za ciosem i umieszcza fabułę w środowisku i konwencji, w której czuje się jak ryba w wodzie. Tym razem jego wybór pada na lata 70. i skorumpowane miasto bez nazwy, przypominające gnijące amerykańskie metropolie z ,,Taksówkarza”, czy ,,Francuskiego łącznika”, gdzie walka toczy się o stołek komendanta policji.

Efekt jest oczywiście odpowiednio sugestywny. Nesbø to świetny fachowiec od opowieści o dobrych i złych policjantach, więc całość wybrzmiewa przekonująco. Bohaterowie nakreśleni są ciekawie, udaje się zarysować bogate tło psychologiczne, podkreślające ich motywacje (choć pod tym względem najmniej interesujący wydaje się bohater tytułowy). Autor (podobnie jak Justin Kurzel, autor filmowej adaptacji ,,Makbeta” z 2015 roku) w ciekawy sposób rozwija kwestię dzieci Lady Makbet i jej istotnego znaczenia dla całej opowieści. Poszczególne elementy tradycji i nowoczesności połączone zostały w dość udany sposób, dzięki czemu lektura przede wszystkim wciąga – a przecież tego oczekujemy od powieści norweskiego speca od kryminałów.

Mój osobisty problem z książką polega na tym, że spodziewałem się po autorze większej wolty. Po wypowiedziach, w których przyznawał, że w ramach ,,Projektu Szekspir” zdecydował się przepisać na nowo właśnie ,,Makbeta”, ze względu na to, że jest to jego zdaniem najmniej doskonały dramat autora ze Stratford, nastawiłem się na małą rewolucję. Nic nie stało przecież na przeszkodzie, żeby potraktować oryginał mniej dosłownie, porzucić szkielet fabularny czy zrezygnować z niektórych rozwiązań, co do których autor sam podchodził z dystansem (np. przepowiednie). Tymczasem 500 stron ,,Macbetha” Nesbø to raczej odhaczanie kolejnych punktów archetypicznej opowieści. Wypada się cieszyć, że jest to odhaczanie wysokiej klasy fachowca, pozwalające na pochłonięcie książki w stosunkowo krótkim czasie.

A.J.

,,Wolność i spluwa” – Dan Baum

,,Nie zgadzam się ze wszystkim co Pan napisał, ale nie umiem powiedzieć dlaczego”. Tymi słowami podsumowała artykuł Dana Bauma, jedna z jego ,,szczerych” czytelniczek ze Seattle. Tekst dotyczył doświadczeń z noszenia przy sobie broni palnej, na który to eksperyment autor zdecydował się po długim namyśle. Wnioski, które udało mu się wysnuć, okazały się dalekie od banału, nie na tyle jednak, aby pogodzić wyjątkowo  spolaryzowaną pod tym względem Amerykę.

Baum bez trudu zdobywa zainteresowanie czytelnika już na wstępie, kiedy to deklaruje się jako ,,lubiący sobie postrzelać”, głosujący na Obamę, demokrata – liberał. Z tej właśnie perspektywy dokonuje próby diagnozy tego, co dzieli jego rodaków jeśli chodzi o stosunek do broni palnej, jawiącej się w USA jako temat nieustannie gorący. Przypina więc kaburę do pasa i rusza na ulice amerykańskich miasteczek, zastanawiając się, czy w jego rodzimym Boulder nie zostanie zlinczowany przez bandę miłośników sklepów z organiczną żywnością (wizytę w tym miejscu z zajmującym całe biodro rewolwerem Smith & Wessons określa jako wyjątkowo stresującą).

W postaci autora zawiera się więc niejako cała Ameryka – równie radykalna z jednej, jak i z drugiej strony. Autor pokazuje, że zwolennicy złagodzenia przepisów dotyczących dostępu do broni i piewcy drugiej poprawki, nie zwracają uwagi na to, że obecne regulacje wcale nie są specjalnie dotkliwe, a przestępczość nie rośnie w alarmującym tempie.  Z kolei przeciwnicy ,,klamek’’ na ulicach często nie mają pojęcia, o czym tak naprawdę mówią lub czego chcą zakazać, określając niektóre elementy broni jako ,,to wystające na górze”.

Kolejne rozdziały – kolejne problemy. A to dotyczące dostępu do broni powiązanego z kwestią rasową, a to rozmaitych prawnych regulacji dotyczących tego, w jaki sposób pistolet można zakupić, a to zjawiska hoplofobii, czyli podświadomej niechęci do broni palnej, która praktycznie uniemożliwia z nią jakikolwiek kontakt. Wszystko to sprawia, że zjawisko opisywane przez Baumana jawi się ostatecznie jako coś nierozstrzygalnego, a próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego niektórzy broń kochają, a inni jej nienawidzą, kończy się fiaskiem. Na nic zdają się wypowiedzi kolejnych przepytywanych przez autora osób, na nic w kontekście problemu broni zdają się statystyki, które interpretowane w oderwaniu od innych czynników nie przynoszą żadnych konkretnych informacji.

Wielka wartość ,,Wolności i spluwy” leży również w umiejętności autora do sprawiedliwego zadawania razów.  Dostaje się więc każdemu, ale też każdy odnajdzie na kartach książki swoje racje. Ten sprawiedliwy ton wydaje się szczególnie cenny, zwłaszca w kontekście tak kontrowersyjnego tematu, który wciąż konfrontuje między sobą rzesze osób o często podobnych poglądach światopoglądowych czy politycznych.

 

A.J.

„Żebrowski. Hipnotyzer.” – Jakub Socha

Każdy los jest pełen kontrastów. Mimo wszystko wielu artystom często przypinamy łatki, dzięki którym łatwiej jest nam ich kategoryzować, analizować, rozumieć. Ktoś będzie więc awangardowym buntownikiem, ktoś inny, kontemplacyjnym filozofem. Jeszcze inny zasmakuje afrodyzjaku młodości, aby z biegiem lat uspokoić udręczoną duszę i zasiąść na fotelu myśliciela.

To właśnie ten trzeci wariant można przypisać Edwardowi Żebrowskiemu – szarej eminencji polskiego kina, twórcy zaledwie trzech filmów pełnometrażowych, który mimo tego trwale zapisał się na firmamencie polskiej kinematografii. Młodość reżysera to wypełnione włóczęgą i alkoholem lata w towarzystwie Marka Hłaski, jednego z największych w powojenne Polsce buntowników świata literatury. Postępująca choroba, ograniczająca możliwości ruchowe Żebrowskiego, oraz idąca za tym zmiana w podejściu do życia sprawiły, że z biegiem lat zaczął być on określany raczej jako ,,mnich’’ polskiego kina. Spokojny, wyważony artysta o zdecydowanych poglądach, zdolny rzucić cierpką pochwałę, znaczącą więcej niż największy komplement, ale też złoić rózgą i wypowiedzieć prawdę prosto w oczy młodego adepta sztuki filmowej.

Książka Jakuba Sochy postać Żebrowskiego przybliża w sposób dość zmyślny. Autor często oddaje głos osobom, które reżysera znały i które mają na jego temat wiele do powiedzenia. Tworzy to więc mozaikę głosów znakomitych postaci polskiego kina i szeroko pojętej kultury, konstrukcją przypominając niejako film dokumentalny w konwencji gadających głów. Zabieg ten sprawdza się zaskakująco dobrze – Żebrowski jako postać enigmatyczna cały czas majaczy gdzieś w oddali, jednak podczas lektury nie czujemy jakbyśmy faktycznie, dogłębnie poznali jego postać. Nie traktuję tego jednak jako wady, ale uznaję za ciekawą konwencję literacką, która bardzo dobrze sprawdza się w opowiadaniu o tym konkretnym bohaterze.

Edward Żebrowski znany jest dziś prawdopodobnie najbardziej ze zrealizowanej w 1978 roku adaptacji ,,Szpitala przemienienia” Stanisława Lema (która pisarzowi standardowo nie przypadła do gustu). Jednak z książki dowiedzieć się można, że poza realizacją fabuł stanowił on niezwykle ważny element polskiego krajobrazu filmowego. Współpraca z Krzysztofem Zanussim przy scenariuszach dużej części jego filmów, działalność pedagogiczna, jeden z najważniejszych członków zespołu filmowego ,,Tor”, filmy dokumentalne. To wszystko i jeszcze więcej sprawia, że to właśnie o osobach takich jak Żebrowski powinny być pisane książki biograficzne. Znanych, kojarzonych, a mimo wszystko pozostających na uboczu świadomości współczesnego miłośnika polskiego kina.

A.J.

„Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” – Swietłana Aleksijewicz

„Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” to polifoniczna opowieść o kobietach, które brały czynny udział w walkach i bitwach II wojny światowej. Wojna, jak same mówią, zdecydowanie nie jest kobiecym światem. Niemniej, faktem jest, że to właśnie one – młode dziewczęta – stanowiły ważny element w wojennej machinie, a co za tym idzie, aktywnie wpłynęły na losy świata. Były nie tylko sanitariuszkami, ale również piastowały takie stanowiska jak strzelec wyborowy czy dowódca plutonu. Z wieloma z nich, spotkała się noblistka Swietłana Aleksijewicz, dzięki czemu mamy okazję przyjrzeć się innemu, dotąd skrywanemu, obliczu wojennych działań.

Pierwszą rzeczą, która już po kilku stronach lektury uderza w czytelnika, jest zapał i determinacja kilkunastoletnich dziewcząt, aby za wszelką cenę wziąć udział w wojnie. Wiele opowieści rozpoczyna się w podobny sposób – dobrowolnie, z głębokiego poczucia obowiązku i miłości do ojczyzny, pragnęły walczyć na froncie. Nie przyjmowały odmowy i nie zważając na konsekwencje, dążyły do celu. Były gotowe na poświęcenia, nierzadko oddając w walce to co miały najcenniejsze – życie. Drugi aspekt, powracający jak mantra, to nagroda, jaką otrzymały za swą służbę – odrzucenie społeczne, wyzwiska i piętno kobiet lekkich obyczajów, które przez kilka lat świadczyły usługi seksualne kolegom żołnierzom. Powrót z wojennej tułaczki, w rodzinne strony nierzadko zaczynał się od ucisków i szczęścia rodzinnego, a po kilku dniach kończył prośbą o opuszczenie domu, z uwagi na nieprzychylne spojrzenia sąsiadów i krewnych. Społeczny ostracyzm i brak nadziei na małżeństwo sprawił, że dumne bohaterki zaczęły ukrywać swoje dokonania.

Książka Swietłany Aleksijewicz jest ciekawym spojrzeniem na historię, o której powiedziano i napisano tak wiele. Autorka wielokrotnie podkreśla, że jej zamiarem było przedstawienie kobiecego punktu widzenia i moim zdaniem wywiązała się z tego zadania znakomicie. Umiejętnie wydobyła ze swoich bohaterek typowo dziewczęce opowieści –  od smutku związanego z koniecznością ścięcia długich warkoczy, przez potrzebę ładnego wyglądu, na niespełnionych miłościach kończąc. Ich szczere wypowiedzi, zaprowadzą czytelnika do świata, o którym długo nie zapomni. „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” to wyjątkowa historia o żołnierkach, które pod płaszczem odwagi i szlachetności, pozostały delikatnymi, wrażliwymi kobietami.

Dż.

„Królestwo za mgłą” – Zofia Posmysz, Michał Wójcik

Zofia Posmysz, polska pisarka i scenarzystka, autorka słynnej „Pasażerki” oraz „Wakacji nad Adriatykiem” udzieliła wywiadu rzeki Michałowi Wójcikowi, a owocem tej rozmowy jest książka „Królestwo za mgłą”. Rzecz niezwykle trudna, bo dotycząca głównie tej części życia, którą autorka spędziła w obozie koncentracyjnym Auschwitz. Przeżyła piekło, lecz jak sama mówi, udało jej się opuścić to „królestwo”.

Wspomnienia Pani Zofii są wyraziste, a jej pamięć do szczegółów, chociażby zdolność zapamiętania dawno usłyszanych wierszyków czy piosenek, niebywała. Dokładny opis tamtego, okrutnego świata przenosi mentalnie czytelnika w to potworne miejsce, co powoduje pewien dysonans – z jednej strony chęć dalszej lektury, a z drugiej pragnienie ucieczki. Moment, kiedy czytelnik nie może uciec myślami od opowieści Pani Zofii, stanowi o sukcesie tej historii. Przez chwilę czuje się namiastkę tego, co niewyobrażalne. Tego, co dla nas, współczesnych ludzi wydaje się okrucieństwem wychodzącym ponad wszelkie granice, a co było koszmarną codziennością, tych których to spotkało.

W opowieściach Zofii Posmysz nie brakuje brutalności, przemocy, mordów i gwałtów. Z niespotykanym dystansem opowiada o sadystycznych esesmanach, wszechobecnym fetorze palonych ciał czy fizjologicznych problemach wyniszczonych organizmów. O jednym rozmawiać nie chce. O tym, co działo się w bloku X – miejscu, w którym przeprowadzano eksperymenty na więźniach. Udało jej się stamtąd wyjść, lecz mimo upływu lat, nie jest w stanie o tym mówić. Pani Zofia wykazuje się dużą szczerością i co niebywałe, nie pała żądzą zemsty i nienawiścią do tych, którzy ją skrzywdzili. Rozróżnia ofiarę i kata, lecz potrafi dostrzec w tym drugim człowieka. Jej relacja z esesmanką Anneliese zastanawia i pobudza do refleksji.

„Królestwo za mgłą” jest rzeczą potrzebną i ważną. Świadectwa ocalałych zawsze są brutalną lekcją człowieczeństwa, od której nie można odwracać wzroku. Pani Zofia przetrwała i to dodaje nieco otuchy, lecz miliony, równie niewinnych istot jak ona, zamieniły się w popiół. Lektura „Królestwa za mgłą” to trudna podróż, którą warto odbyć.

Dż.