„Kanada. Ulubiony kraj świata” – Katarzyna Wężyk

Kanada to państwo wielu skojarzeń. Dla jednych będzie to nieśmiertelny liść klonu, dla innych supernowoczesne, dostatnie państwo, będące wzorem polityki socjalnej i pro uchodźczej. Są też i tacy, dla których Kanada to przede wszystkim Wyspa Księcia Edwarda i rezolutna „Ania z Zielonego Wzgórza”. Dla wielu, jest to po prostu najlepsze miejsce do życia. Ale czy ziemia, która wydała takich synów jak Ryan Gosling czy Justin Bieber, faktycznie jest rajem, na jaki się kreuje czy jest to sztuczny wizerunek, zbudowany na potrzeby polityki międzynarodowej? Katarzyna Wężyk postanowiła to sprawdzić i tym samym znaleźć odpowiedź na pytanie „Dlaczego wszyscy kochają Kanadę?”

„Kanada. Ulubiony kraj świata” to zbiór reportaży, w których autorka przygląda się symbolom najczęściej kojarzonym z tym państwem, a także podąża własnym tropem za tym co wydaje jej się interesujące. Jest więc mowa o wspomnianej wcześniej powieści Lucy Maud Montgomery, polityce multikulti, lasach i srogim mrozie. Czytelnik pozna historie o wielkim bogactwie i dla kontrastu przyjrzy się życiu rdzennej ludności. Wielowątkowość i różnorodność przytaczanych faktów i anegdot sprawiają, że z zaciekawieniem czytamy o tym niespotykanie sympatycznym narodzie. Po lekturze 319 stron nie ma wątpliwości co jest esencją kanadyjskości. Co, a właściwie kto, jest najlepszą wizytówką tego kraju i w pełni oddaje jego charakter. Superinteligentny i superprzystojny premier Justin Trudeau!

Katarzyna Wężyk mogłaby napisać książkę na cześć Trudeau, gdyby nie fakt, że… właśnie to zrobiła! Po lekturze „Kanada. Ulubiony kraj świata” można śmiało stwierdzić, że Justin Trudeau to Kanada, a i Kanada bez Trudeau i jego rodziny nie byłaby tym samym państwem. Jeśli ludzkość daje „lubię to” Kanadzie, tak dla jej premiera zarezerwowany jest tylko jeden symbol w facebookowej nomenklaturze – „kocham to”. Trudno nie wielbić wykształconego, przystojnego polityka, który z dumą pokazuje swoją rodzinę i utożsamia się z kanadyjskimi wartościami. Człowieka, który z uśmiechem zaprasza i przytula uciekinierów z Syryjskiego piekła, sam siebie nazywa feministą, bierze udział w Paradzie Równości, a pytany, czemu wprowadził parytet płci do stworzonego przez siebie rządu, rozkłada ręce i z czarującym uśmiechem odpowiada: „Bo jest rok 2015”.

Po lekturze „Kanada. Ulubiony kraj świata” można odczuwać niedosyt, spowodowany niewielką ilością informacji o hokeju czy syropie klonowym. Należy mieć jednak na uwadze, że nie jest to obszerna encyklopedia, lecz zbiór historii subiektywnie wybranych i zbadanych przez autorkę. Moim zdaniem Katarzyna Wężyk sprostała zadaniu – jej książka jest ciekawa i pobudza w czytelniku apetyt, na dalsze przyswajanie wiedzy o „najlepszym kraju na Świecie”. Duże brawa należą się także Wydawnictwu Agora, za przygotowanie okładki bezbłędnie oddającej zarówno charakter książki, jak i istotę rzeczy.

Dż.

,,Sprzedawczyk” – Paul Beatty

,,Sprzedawczyk” Paula Beatty’ego to kolejna w literaturze amerykańskiej wypowiedź na temat nierówności rasowych w USA. Uhonorowaną w roku 2016 nagrodą Bookera powieść, w pewnym stopniu można potraktować jako rewers, wydanej w zeszłym roku w Polsce ,,Kolei Podziemnej”. Colson Whitehead uciekał w stronę fantazji, ale na temat rasy i niewolnictwa wypowiadał się ze śmiertelną powagą. Beatty również nie stroni od umieszczania na kartach swojej książki nieprawdopodobnych historii. Przez cały czas pozostaje jednak wierny ironii.

Główny bohater – tytułowy Sprzedawczyk, to mieszkaniec Dickens, fikcyjnej dzielnicy czarnoskórej ludności w południowym Los Angeles. Na początku powieści trafia on przed oblicze Sądu Najwyższego, zostaje bowiem oskarżony o próbę przywrócenia segregacji rasowej w obrębie swojej dzielnicy oraz o wskrzeszenie idei niewolnictwa (rzeczywiście posiada on niewolnika o imieniu Sorgo – podstarzałego gwiazdora dawnego rasistowskiego serialu telewizyjnego). Cała opowieść jest więc relacją Sprzedawczyka, objaśniającą w jaki sposób znalazł się w miejscu, w którym czytelnik zastaje go na początku historii.

Wyjściowy pomysł na fabułę i konstrukcję bohatera jest dość przewrotny. Dalej Beatty jedzie po bandzie jeszcze bardziej. Język powieści nie stroni od rasistowskich epitetów, wulgaryzmów czy refleksji, godzących w ideę równości ludzi o wszelkim kolorze skóry. Głęboka ironia książki i jej wywrotowy humor sprawiają, że ,,Sprzedawczyk” to niespotykana formuła opowiadania historii tego typu. Autor wysnuwa przewrotne tezy, przez cały czas brzmiące jednak przekonująco i wiarygodnie. Wyobrażenia, stereotypy, uprzedzenia, a przede wszystkim ustawianie się w kontrze do innych – to elementy, które często okazują się niezbędne w procesie ustalania własnej tożsamości. Ostatnie pytania, które zadaje bohaterowi przed śmiercią jego ojciec brzmią: ,,Kim jestem?” i ,,Jak mogę stać się tą osobą?”. Pozostają one lejtmotywem książki i dobrze podsumowują jej ostateczną wymowę.

Język ,,Sprzedawczyka” często pozostaje jednak dość trudny i mało przystępny. Jak zawsze w przypadku tego typu literatury pozostaje pytanie ile w tym winy przekładu. Specyficzny slang jakim posługują się bohaterowie, prawdopodobnie nigdy nie wybrzmi w pełni w polszczyźnie, część humoru pozostanie zatem nieprzekładalna i co za tym idzie, niezrozumiała dla polskiego czytelnika. Na podobną przypadłość cierpiał przekład ,,Krótkiej historii siedmiu zabójstw” Marlona Jamesa, poprzedniego laureata Nagrody Bookera, powieści również ulepionej z mowy ,,slangowej”. Mimo tego warto dać powieści Beatty’ego szansę i samemu przekonać się jak bardzo okaże się dla nas wywrotowa.

AJ

,,Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim” – Jon Krakauer

Missoula w stanie Montana to miejscowość, o której kilka lat temu zrobiło się głośno, głównie ze względu na skandale związane z gwałtami w miasteczku uniwersyteckim. Zamieszani w nie byli przede wszystkim członkowie lokalnej drużyny futbolowej, miejscowe gwiazdy, znani w całym miasteczku i uwielbiani przez lokalną społeczność młodzi mężczyźni. Cała sytuacja skutkowała rozmyciem jasnego podziału na kategorie kata i ofiary, który w wypadku postępowań sądowych związanych z gwałtami, często jawi się jako wyjątkowo problematyczny.

Jon Krakauer w swoim najnowszym reportażu wychodzi poza opis lokalnej społeczności, pełnej uprzedzeń i utartych wyobrażeń, często stającej po stronie oprawcy. Autor zaczyna co prawda od tego punktu, ale bynajmniej na nim nie poprzestaje. ,,Missoula” porusza więc szereg tematów. Poprzez analizę najgłośniejszych spraw sądowych z udziałem tamtejszej społeczności, udaje się Krakauerowi przedstawić w jak naiwny i powierzchowny sposób, przeciętny człowiek wyobraża sobie gwałt i to kim jest gwałciciel. Wielokrotnie pada tutaj stwierdzenie, że niekoniecznie musi być to osoba w kominiarce, która przy użyciu brutalnej siły krzywdzi swoją ofiarę. Przypadki opisane w książce są dużo bardziej zniuansowane, co nie oznacza, że trudno zweryfikować po czyjej stronie leży moralna racja.

Książka stanowi przy okazji dość ciekawą i wnikliwą analizę amerykańskiego systemu sprawiedliwości, często sprzyjającego bardziej tym, których z definicji powinien karać. Autor nieustannie zmienia perspektywę, pokazując większy obraz tego, co występuje też poza Montaną i hermetycznym środowiskiem niewielkiej, amerykańskiej społeczności. Tym, co podczas lektury smuci najbardziej, okazują się sylwetki ludzi, którzy powinni stać na straży sprawiedliwości – prokuratorów, prawników, policjantów. Często zdominowani przez własne lęki, uprzedzenia czy po prostu przyzwyczajenia, stają się kulą u nogi, kroczącej korytarzami sądów Temidy.

O wielu książkach słyszy się i pisze jako o uświadamiających pewne fakty. W tym wypadku trudno jednak nie zgodzić się z takim stwierdzeniem. Lektura reportażu Krakauera rzeczywiście otwiera oczy na szereg kwestii i pomaga spojrzeć na nie z innej perspektywy i po prostu bardziej je zrozumieć. ,,Missoula” jest więc klasycznym przykładem literatury potrzebnej i pożytecznej.

AJ

„Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki” – Wolfgang Bauer

Terrorystyczna organizacja Boko Haram skupiła na sobie uwagę całego świata w 2014 roku. To wtedy, jej członkowie uprowadzili z jednej z nigeryjskich szkół, dwieście siedemdziesiąt sześć uczennic w wieku od 12 do 17 lat. Po niektórych z nich ślad zaginął, a wstrząsające relacje tych, którym udało się uciec, są świadectwem okrucieństwa i zbrodni, jakich dopuszcza się Boko Haram. Przypadek wspomnianych uczennic, niestety nie jest wyjątkiem, a uprowadzone kobiety i dziewczęta możemy liczyć w tysiącach.

Wolfgang Bauer, autor szeroko komentowanej  „Przez morze. Z Syryjczykami do Europy” dotarł do kilku z tych kobiet i zrobił to, co należało – pozwolił im mówić. Ich wspomnienia przerażają. Wywiezione ciężarówkami do lasu, z dnia na dzień straciły godność ludzką i zostały sprowadzone do roli przedmiotu. Wielokrotne gwałty, przemoc psychiczna i fizyczna, poniżanie i bestialstwo zostały im zgotowane przez ludzi, którzy twierdzą, że robią to zgodnie z wolą Boga.

„Porwane” to książka opracowana bezbłędnie. Autor oddaje głos bohaterom, a swoją rolę ogranicza do minimum. W odpowiednich miejscach nakreśla kontekst sytuacji bądź zarysowuje tło historyczne, nie używając przy tym zbędnych słów czy patetycznego wzruszenia. Wzruszenie wywołują natomiast, zamieszczone w książce fotografie. Dzięki nim, czytelnik może spojrzeć w oczy kobiet, które przed chwilą opowiedziały mu swoje historie. Może ujrzeć twarze naznaczone bólem i smutkiem. Trudne wspomnienia tych kobiet, w połączeniu z pięknymi, skromnymi portretami sprawiają, że znacznie głębiej osadza się w nas ich los.

Wydawnictwo Czarne, słynące z wydawania utworów najwyższej literackiej jakości, tym razem również nie zawiodło i przygotowało produkt doskonały. Z jednej strony mamy świetnie opracowaną książkę, która dopiero po złączeniu tekstu ze zdjęciami stanowi kompletną całość, a z drugiej, temat w niej poruszany wychodzi poza wszelkie granice literackie i zaczyna żyć w sercu i umyśle czytelnika. O ile wcześniej dramat uczennic z Boko Haram wielu osobom mógł się kojarzyć ze smutną miną Michelle Obamy i innych osobistości, trzymających kartkę z napisem #bringbackourgirls, tak po przeczytaniu „Porwanych”, bolesne spojrzenia uprowadzonych, stanowią dla mnie ilustrację tego, co je spotkało. Ich twarze oraz krótkie podpisy pod zdjęciami, za którymi skrywa się tragedia nigeryjskich dziewcząt.

Dż.

„Purezento” – Joanna Bator

Czytelnicy, niezaznajomieni wcześniej z twórczością Joanny Bator, pochłaniając jej najnowszą książkę będą mile zaskoczeni, że napisała ją polska autorka. „Purezento” jest przesiąknięta Japonią i gdyby w centralnym miejscu okładki, nie znajdowało się imię i nazwisko naszej rodaczki (skądinąd laureatki prestiżowej Nagrody Literackiej Nike), można by przypisywać jej autorstwo obywatelowi Kraju Kwitnącej Wiśni.

„Purezento” to świeża i oryginalna opowieść. Czyta się ją z niesłabnącą ciekawością, a każda kolejna, tak bardzo nierzeczywista i absurdalna sytuacja,  w której centrum jest bezimienna bohaterka, sprawia że czytelnik, niczym spragniony na pustyni, mówi „Chcę więcej”. Ogromnym plusem tej historii, jest to, że wertując kolejne kartki nie wiadomo, czego się spodziewać. Główna bohaterka też tego nie wie i dzięki temu powstaje magiczna, literacka symbioza między nią a czytelnikiem.

Wielkim minusem, który wielu osobom zepsuje całą przyjemność z lektury, jest opis historii zamieszczony na okładce. „Purezento” od początku do końca powinno stanowić zagadkę. Każda następna strona ma być zaskoczeniem, a czytający mają swobodnie płynąć wraz z potokiem słów, starannie dobranych przez autorkę. Dla mnie ta książka była ciekawa i frapująca, dopóki w pewnym momencie nie skusiłam się i nie zaczęłam czytać treści zamieszczonych na okładce. Tak szczegółowy opis sprawił, że domyśliłam się czego mniej więcej mogę się spodziewać. Oczywiście, zazwyczaj czytam krótkie streszczenie zanim zabiorę się za lekturę i nie mam z nimi żadnego problemu. Jednak tym razem, odradzam takie postępowanie. Przypadek „Purezento” jest wyjątkowy, może dlatego, że to książka napisana w wyjątkowy sposób.

W związku z powyższym, nie przedstawię zarysu akcji, ani też nie pokuszę się o krótką charakterystykę postaci. Czytając, należy zaufać autorce i dać się ponieść historii. Poprowadzi Was delikatnie, przez świat subtelnych metafor, analogii, harmonii i tego wszystkiego, co wiąże się z patetycznie brzmiącym, szukaniem własnego „ja”.

Joannie Bator, daleko do najbardziej znanego japońskiego pisarza na świecie – H. Murakamiego, ale podejrzewam, że jej zamiarem nie było ścigać się z mistrzem. Odnalazła się w japońskim stylu i był to eksperyment udany. Poszła własną drogą, zgrabnie manewrowała prostotą i oszczędną formą. Reasumując: nie jest to arcydzieło, aczkolwiek miłe, pozytywne zaskoczenie.

Dż.